Już koniec lutego, a ja dopiero dzisiaj wstawiam posta z książkami. Wstyd i hańba, ale jak to mówią, lepiej późno niż wcale. :D
PS. W najbliższym czasie obiecuję głównie recenzje :*
"Nigdy nie kocha się za wiele, gdy kocha się naprawdę. Nadużycie jest wówczas wskazane."
O tym autorze po raz pierwszy usłyszałam kilka lat temu, ale wcześniej nie miałam okazji poznać żadnej z jego książek. Dopiero jakoś przed weekendem, całkiem przypadkiem, wpadły mi w ręce "Intrygantki". Stwierdziłam, że w końcu trzeba sprawdzić pana Schmitta, w książkowej blogosferze aż o nim szumi, a rzadko tutaj się zdarza, żeby popularni autorzy byli wynoszeni na piedestał bezpodstawnie. Eric Emmanuel Schmitt to jeden z ulubionych autorów wielu blogerek/blogerów, których obserwuję, aż wstyd, że dopiero teraz się za niego zabieram.
Ku mojemu ogromnemu zaskoczeniu, powieść, której się spodziewałam okazała się dramatem, a właściwie czterema utworami tego gatunku.
Ostatni raz z dramatem miałam do czynienia w liceum, jednak większość spotkań przeżyłam z przyjemnością, dlatego też Schmitt wzbudził we mnie jeszcze większą ciekawość.
Pierwszy z dramatów to historia kilku kobiet, które pałają chęcią zemsty do Don Juana. Przyczyny mnie trudno się domyślić. To właśnie on łamał najbardziej oporne kobiece serca.
Kolejny dramat, zatytułowany "Gość" niezmiernie mnie zaskoczył. Głównym bohaterem tego utworu był Freud, znany psychiatra oraz Nieznajomy, czyli tytułowy gość, podający się za Boga.
"Knebel" to monolog, który podobał m się najmniej z tych czterech utworów i "Szatańska filozofia" z pozytywnie zaskakującym zakończeniem.
Ogólnie ten zbiorek dramatów, jeśli można tak to nazwać, oceniam bardzo dobrze. Nie znam innych dzieł autora, ale zostałam wystarczająco zachęcona, aby poszerzyć swoją biblioteczkę o kilka jego dzieł.
Moja ocena: 7/10
"Robili to już wcześniej, zrobili dziś i zrobią ponownie. I wydaje się, ze kiedy to robią, tylko dzieci płaczą."
"Zabić drozda" zdążyłam jeszcze przeczytać za życia tej wspaniałej pisarki, która jak zapewne wiecie zmarła18 lutego tego roku. Przykra wiadomość zwłaszcza dla fanów autorki, bo choć przez długi czas Harper Lee cieszyła się tylko jedną powieścią(za to jaką), to zgromadziła ogromną ilość wielbicieli jej pióra. Na sam koniec wręczyła nam jednak prezent, bo jeszcze w listopadzie 2015 roku, ukazała się druga jej książka, pt. "Idź, postaw wartownika", kontynuacja części pierwszej. Uwielbiam tytuły jej książek, są takie niebanalne <3
"Zabić drozda" to książka poruszająca problem rasizmu. Jest on jednak ukazany w wyjątkowo nienachalny sposób, acz posunęłabym się do stwierdzenia, że można książkę czytać dla przyjemności, nie zwracając uwagi na ten problem, albo w drugi i oczywiście ten właściwszy sposób, niewykluczający przyjemności, zachwycając się jak autorka oczami dziecka, potrafiła poruszyć temat rasizmu. Ukazać go, wplatając między wydarzenia i tworząc z niego temat dowodzący. Historia córki Atticusa Fincha, adwokata, który objął sprawę młodego Murzyna, oskarżonego o zgwałcenie białej dziewczyny przejmuje czytelnika, przenosi do lat 30. XX w. i nie wypuszcza aż do ostatnich stron powieści.
Niesamowita ilość wątków pobocznych, równie ciekawych co intrygujących. Wielopłaszczyznowi i ludzcy bohaterowie. Bardzo rzadko mamy do czynienia z postaciami tak dobrze przedstawionymi, z książkami, które nie są banalne, albo zbyt natarczywe, które potrafią poruszyć trudny temat, ale nie zrobić z niego natarczywej napaści uświadamiającej. To powieść piękna i otwierająca oczy. Chylę czoła i bez wątpliwości dodaję "Zabić drozda" do zbiorku moich ulubionych książek.
Dziękuję pani Lee.
Moja ocena: 10/10
Wyzwania: Przeczytam minimum 52 książki w 2016r. - 2/52
Gatunek: obyczajowa, dramat Wydawnictwo:Między Słowami Ekranizacja: nie
Przyznacie, że czasem zdarzają się dziwne zbiegi okoliczności, ale niektórzy z nas wierzą, że każde nasze działanie prowadzi do celu. Przeznaczenia. Hasło, które wywołuje ironiczne uśmiechy, rozmarzone spojrzenia, ekscytację i zainteresowanie. Część z nas się tego wypiera, inni ukrycie mu ufają, a zdecydowana większość nawet nie wie, że w nie wierzy. Bo kto choć raz, w duchu nie pocieszył się słowami "widocznie tak miało być", niech pierwszy rzuci kamień. Tak na prawdę, wielu chciałoby w to wierzyć, to takie pocieszające, że nie tylko my ponosimy odpowiedzialność za nasze czyny. To jest jak obietnica, że kiedyś będzie lepiej, że jeszcze dostaniemy to, na co zasługujemy. Każdy z nas ma pewnie inne zdanie na ten temat, tą kwestię dzisiaj zostawię, ale za to poproszę Was, żebyście na krótki moment uwierzyli. Wyobraźcie sobie, że jest coś takiego jak przeznaczenie i odgrywa istotną rolę w naszym życiu. A teraz, zamknijcie oczy. Podajcie mi rękę. Zaprowadzę Was w niesamowite miejsce, a tej wycieczki nie zapomnicie do końca życia.
Anne, młoda pielęgniarka była zaręczona. Jednak w jej życiu czegoś brakowało, choć wydawać by się mogło, że miała wszystko. Bogaty, przystojny narzeczony, rodzice, którzy zapewnili jej wszystko, pewna przyszłość, miłość, przyjaźń. Rzec jednak trzeba, że życie dziewczyny toczy się podczas wojny. Pod wpływem przyjaciółki rusza na front, by nieść pomoc rannym żołnierzom. To właśnie na pięknej wyspie Bora-Bora, gdzie świat wydaje się niemal rajem, poczuje co znaczy cierpienie. Stanie przed trudnymi wyborami, odkryje czego jej brakowało w tym pięknym, dostatnim życiu.
Miłość, strach, zagrożenie, kłamstwa, zbrodnia, zdrada. Ta książka jest niesamowicie przyjemna i pewnie zastanawiacie się jak po tych strasznych słowach mogę użyć takiego słowa, ale ta książka na prawdę taka jest. Główna bohaterka staje się nam niemal przyjaciółką. Zabiera nas, na wyspę, w walizce, jako dodatkowy bagaż i jako obserwatorzy przeżywamy z nią tą niesamowitą historię, pełną emocji i wrażeń.
Nie mogłam się oderwać, przeczytałam ją w zaledwie dwa dni i choć nie do końca mogę uwierzyć, że przeznaczenie może mieć aż taką moc, to przy tej książce chciałam. Bo ta historia była urzekająca i popatrzmy na nią tylko przez palce, a damy się oczarować. Choć skończyłam czytać ją wczoraj, wciąż myślami jestem na Bora-Bora przy krzewie hibiskusa w opuszczonym, drewnianym domku, gdzie Anne z pewnym żołnierzem przeżyli najbardziej kulminacyjne dni swojego życia.
"Niektóre historie mają pozostać niedopowiedziane"
Wyzwania: - Przeczytam tyle, ile mam wzrostu + 2,2cm = 62,2/161 - Przeczytam minimum 52 książki w 2015r. - 25/52
Gatunek:poradnik
I wydanie:20013
Ilość stron: 157
Wydawnictwo: Feeria
Ekranizacja:nie
W ostatnim poście: Faceci to..., nieprzypadkowo wspomniałam, że każda perfekcyjna kobieta to suka. Tą jakże przydatną wiedzę wyniosłam z poradnika o niesłychanie genialnym tytule, którym autorki kupiły mnie już na samym starcie. Jestem odważnym człowiekiem(haha - śmiech publiczności), ale w Empiku musiałam wysłać swoją przyjaciółkę, żeby o nią pytała, co te zasady dobrego wychowania robią z człowiekiem, ale że była w lekkim stanie upojenia alkoholowego(pilnowałam ją, bez obaw), załatwiła sprawę i tak właśnie ta cienka książeczka, trafiła w nasze wspólne posiadanie. Z biegiem stron, stała się naszą prywatną Biblią, a nawet delikatnym balsamem dla duszy.
"Jeśli nic ci nie wychodzi, jeśli twoje życie
jest nudne jak flaki z olejem, spójrz w lustro, wyciągnij rękę i powiedz
"Chodź, będziemy tańczyć!" To działa. Przysięgam."
Pewnego razu, całkiem przypadkowo natknęłam się na cytat, który wywołał bananowo-szeroki uśmiech na mojej twarzy. Zakochałam się w nim i natychmiast zwróciłam o pomoc do wujka Google, z pytaniem, o tytuł książki. Zanim ją znalazłam już wiedziałam, że pochłonę ją niczym ciasto czekoladowe, z ogromną przyjemnością. Okazało się, że to poradnik, a ja ten gatunek omijam szerokim łukiem. Jednak obietnic łamać nie można, pod żadnym pozorem i tak zaczęła się nasza przygoda, dość pijacka przygoda, ale do tego nikt się nie przyznaje.
Jedno przekartkowanie i już wiedziałam, że to strzał w dziesiątkę. Z zakupów wróciłyśmy późno, bo gdzieś w okolicach 22, napoczęte wino mówiło samo za siebie, a raczej wołało(każdemu od czasu do czasu można, oczywiście +18), no to podniosłyśmy lampki do ust, otworzyłyśmy nasz tajemniczy poradnik i zaczęłyśmy czytać. W środku znalazłyśmy też miejsce na samodzielne uzupełnienie własnymi, żenującymi doświadczeniami, playlisty, które kocha zapewne większość z nas i specjalne bony(patrz zdj. po prawej).
Dawno się tak nie uśmiałam, autorki podeszły do sprawy z niesamowitym poczuciem humoru, dużą dawką ironii, a przy tym trafiły w sedno. Wielokrotnie potrafiłyśmy uosobić się z nieperfekcyjnymi kobietami, bo jak sama okładka "mówi" to "poradnik przetrwania dla NORMALNYCH kobiet".
Czasem z podkulonym ogonem, a właściwie to nie prawda, z podniesioną głową, musisz przyznać, że i Ty popełniasz błędy, ale tu nie chodzi o wstyd. Autorki uzmysławiają nam, że tak naprawdę nie ma czegoś takiego jak perfekcyjna kobieta, każda z nas jest doskonała na swoim rodzaju, nie-idealność to nasza cecha wspólna, choć przejawia się w różny sposób. Powinnyśmy zatem wypiąć cycki do przodu, podnieść brodę do góry i dumne z siebie samych, przyjąć to jak mężczyźni, na gołą klatę. Nigdy nie będziemy perfekcyjne! Nigdy nie zostaniemy żonami/córkami/partnerkami/kochankami/mamami bez wad! Taka oczywista wiedza, a może pomóc. Kiedy nowa dziewczyna Twojego chłopaka w kuchni czuje się jak Gordon Ramsay, a Ty non stop zapominasz posolić ziemniaków i kilkakrotnie zdarzyło Ci się włączyć nie ten palnik co trzeba, w skutek czego nowy garnek poszedł do kosza, czujesz się jak największa niedorajda. Błąd! Zapamiętaj, nie ma czegoś takiego jak perfekcyjna kobieta! Pewnie, gdy ona śpiewa przypomina kota w okresie godowym, albo chrapie podczas snu, wymyśl najgorsze z najgorszych, może i tak nie dowiesz się w jakiej dziedzinie ma dwie lewe ręce, ale nieco Cię to podbuduje i dobrze.
"Perfekcyjna kobieta to taka, którą nigdy nie będziesz. I całe szczęście."
Filozofia "walić to", prawo grzywki, jak zachować godność w stanie kompletnego upojenia alkoholowego, buty do siedzenia, o tym co wypada, a czego nie wypada, jak trwonimy pieniądze, o żałosnych zachowaniach, których niemiłosiernie się wstydzimy, co w gruncie rzeczy jest głupie, o sylwestrach, o naszych NŚ*, prawo weto, zasada trzech dni(podobno związana jest ze zmartwychwstaniem Chrystusa;-)), o zdradach, o rozstaniach, 7 faz żałoby i w dwóch słowach, o kobietach. Niesamowicie zabawna, pełna humoru, niewiarygodnie głupia, wstydliwa, ale prawdziwa książka, a właściwie poradnik, do którego powinnyśmy podejść z niemałym dystansem. Idealny rozweselacz i uświadamiacz. Polecam każdej kobiecie, bo może nie nauczymy się z niego zbyt wiele, nie otworzy nam oczu na problemy świata i nie sprawi, że po przebudzeniu, będziemy czuły się jak nowonarodzone boginie, ale za to uświadomimy sobie jedną ważną rzecz, nie ma co się wstydzić naszych małych kompleksów, dziwactw i tego, że czasem nie zachowujemy się jak dorosłe/wystarczająco dojrzałe/ułożone kobiety. Nasze małe niedoskonałości czynią nas wyjątkowymi osobami. Nie jesteśmy idealne, ale możemy dążyć do perfekcji ze zdrowym nastawienie, co uczyni nas tylko jeszcze bardziej wspaniałymi osobami. A więc nie bądźmy sukami, bądźmy sobą!
*NŚ - facet, który nam się podoba, mimo ze nigdy byśmy się do tego nie przyznały
Gatunek:thriller, dramat, saga rodzinna
Tom: I/IV
I wydanie:1979
Ilość stron: 380
Wydawnictwo:Świat Książki
Ekranizacja:tak
Wyblakły jak kwiaty na poddaszu. Trzymane latami, stworzone z kolorowych bibułek, dziś nie są już nawet matowe. Rozpadły się na milion kawałków.
"Kwiaty na poddaszu" to zadziwiająca opowieść o tym jak pieniądze potrafią zabić miłość, o tym jak ogromną władzę posiadają i kiedy na kartce widnieje wiele zer, blask oczu człowieka staje się tak piękny jak gwiazdy, zimne i dalekie, bez emocji. Serce niczym głaz zamiera, a dusza jest tak magiczna jak u robota kuchennego. Człowiek staje się maszyną, biegnącą w jednym celu, działającą na najwyższych obrotach, aby tylko było ich więcej, zer na koncie.
Co kryje się pod nazwiskiem Dollanganger? Szczęśliwa rodzina, czwórka dzieci, piękna żona, przystojny mąż. Wszystko zmienia się w jednej chwili, kiedy do drzwi zapuka policjant, a mała Cathy usłyszy, że jej ukochany tatuś nie żyje. Prawda zacznie wychodzić na jaw, spadnie na nich jak grom z jasnego nieba i powoli, ale bardzo boleśnie, zacznie ich wyniszczać.
Corrine nie potrafi zaopiekować się dziećmi, postanawia zwrócić się o pomoc do swoich rodziców, szkopuł jednak tkwi w tym, że wiele lat temu popełniła niewybaczalny błąd, oni ją wygnali, a co za tym idzie, wydziedziczyli. Odebrali prawa do ogromnego majątku. Kobieta postanawia go odzyskać, tylko co z dziećmi, nikt nie może się o nich dowiedzieć, a w wielkim domu bardzo łatwo coś ukryć, na krótko, bo przecież niedługo tatuś umrze.
"Wtedy przyszła do mnie odpowiedź, której tak
długo szukałam - a wielokrotnie się zastanawiałam, czym był ten
tajemniczy przycisk, włączający miłość ... i pożądanie.(...) Tu chodziło
o oczy. Sekret miłości tkwi w oczach, w sposobie porozumiewania się i
mówienia bez otwierania ust."
Zamknij oczy, wyobraź sobie, że masz na sobie śliczną, różową sukienkę baletnicy, długie, blond włosy i jesteś tak niziutka, że gdy patrzysz na swoją mamę, zadzierasz swoją główkę jakbyś patrzyła w niebo. Kochasz tą piękną kobietę całym swoim serduszkiem, ufasz jej bezgranicznie i bez wahania zrobisz to, co sobie zażyczy, bo jesteś pewna, że działa ona dla Twojego dobra. Kiedy zamyka za sobą drzwi, tęsknisz, ale wiesz, że wróci.
Obietnice, prezenty, które dostajesz coraz częściej, wydaje Ci, że jest to rodzaj przekupstwa, bo ona przychodzi coraz rzadziej. Dla Twojego młodszego rodzeństwa jesteś jak matka, której im tak bardzo brakuje. Doroślejesz i zaczynasz dostrzegać, że coś jest nie tak. Teraz przychodzi co kilka długich tygodni, piękne sukienki, droga biżuteria, a ona już nawet nie patrzy Ci w oczy, odwraca je, żeby ukryć poczucie winy.
"Coraz częściej myślę o nas jako o kwiatach na
poddaszu. [..] Narodzeni w jasnych barwach, ciemniejących z każdym dniem
długiego, ponurego, męczącego, koszmarnego czasu który spędziliśmy jako
więźniowie nadziei i ofiary zachłanności."
Książka to źródło tajemnic, których nie odkryjesz, dopóki jej nie otworzysz. To magiczne narzędzie zaskakuje i tym razem zrobiło to nienagannie. Motyw kazirodztwa, tak trudny temat, był strzałem w dziesiątkę. Przyznam, że to dopiero moja druga książka, poruszająca ten temat, ostatnim razem byłam niemal obrzydzona, tym razem jestem zachwycona. Fanatycy religijni i ich ciemne oblicze. Były też fragmenty, które nie da się inaczej nazwać jak po prostu niesmaczne i dziwne. Picie krwi najstarszego brata, czułam się lekko zażenowana. Jednak potrafiłam wyczuć dramatyzm sytuacji, tragiczna historia, która odkrywając prawdę, ,mroziła krew w żyłach. Do czego zdolni są ludzie? Pieniądze czy miłość? Choroba psychiczna, czy inne zaburzenia?
Ta książka nie jest idealna. Ma swoje wady. Jak wszystko. Jednak potrafi zadziwić. Wprawić w osłupienie, wywołać smutek. Czasem nas zszokuje, jednak realnie pokazuje okrutne oblicze władzy pieniądza nad naszym życiem, problemy i błędy życiowe, które są tak trudne w ocenie. Ta książka nie jest nudna, mimo że przez większą część fabuła nie pędzi i nawet właściwie nic się nie dzieje, ale ona nie nudzi. W żadnym wypadku. Polecam, bo to dobra pozycja, choć prosto napisana, ale to w tym wypadku zaleta.
"Bóg nie pisał scenariuszy dla małych graczy tu, na dole. Sami sobie je pisaliśmy - każdym przeżytym dniem, każdym słowem, każdą myślą wyrytą w pamięci. Mama też napisała swój scenariusz. Był bardzo zły."
A ogród na poddaszu powoli umierał. Kwiaty czekały na słońce i deszcz. Z każdym dniem blakły jak papierowe ozdoby. Czas uciekał, a drzwi wciąż były zamknięte...
Seksturystyka, to pojęcie było mi obce, co dziwne, bo jest tak oczywiste, podejrzewałam o co chodzi, jednak nigdy wcześniej się z nim nie spotkałam. Dlatego właśnie już sam tytuł zdołał rozbudzić moją zaspaną ciekawość, która rozciągając sztywne mięśnie, stwierdziła "tak, muszę przeczytać tą książkę". Jednak mój rozum, który wtedy już działał na pełnych obrotach i jako zaciekły wróg ciekawości, do samego tematu podchodził dość sceptycznie. Podpowiadał cichutko; "przecież ty nie lubisz erotyków, nie pamiętasz, ile męczyłaś się z Greyem?". Zerknęłam na okładkę, przeszły mnie ciarki, bo tam śmieje mi się w twarz napis, porównujący te dwie pozycje. Walka się rozpoczęła, starcie tytanów trwało zaledwie kilka sekund, stwierdziłam, przeczytam. Jest ryzyko, jest zabawa, a kto nie chowa w sobie małego diabełka.
"Są turyści pragnący odpoczywać i robić sobie zdjęcia pod piramidą Cheopsa, są też tacy, którzy chcą uprawiać miłość w jej cieniu. Najlepiej z dwoma ładnymi Egipcjankami. To my.
Jesteśmy seksturystami."
Razem z Adamem wyjeżdżamy do Indonezji, kraju bardzo egzotycznego, niezwykle pięknego. Oczami wyobraźni zobaczymy Dżakartę, stolicę i największe miasto tego kraju, zwiedzimy jeszcze kilka innych miejsc, poczujemy się jak turyści, wysłuchujący opowiadań przewodnika, jednakże dość nietypowych, bo my zobaczymy ten kraj z zupełnie innej strony. Doświadczymy nocnego życia w Indonezji, dowiemy się dokładnie na jakich zasadach działa seksturystyka. Prześledzimy losy Adama, który zna się na tym jak mało kto. Jesteście ciekawi?, bo ja bardzo.
"uczucia, jakie nami władają, nie znają pojęcia czasu, religii, kultury, za to uzmysławiają możliwości, które
one nam dają; świadomość, że możemy zakochać się nawet w domu dla
starców, bo jest to ludzkie uczucie, a my, póki tylko tli się w nas
odrobinka życia, pozostajemy ludźmi - podatnymi na wszelkie ludzkie uczucia - nieważne, co moglibyśmy uroić sobie w naszych głowach."
Nigdy nie wierzyłam w miłość od pierwszego wejrzenia. Powierzchowne zauroczenia są tak trwałe jak łóżka z ikei. Do zbudowania silnego uczucia potrzebujemy czasu i nie wystarczy ładna okładka, bo w tym wypadku ona jest wyśmienita. Często, po pierwszym zauroczeniu, doznajemy gorzkiego rozczarowania, przecież on wydawał się taki idealny i zamiast uczyć się na błędach, my jak ci ostatni głupcy, od nowa brniemy w to samo bagno, czasem jednak szczęście sprzyja głupcom i nagle na naszej drodze staje ktoś, kto zmieni całe nasze postrzeganie i nie będzie to miłość od pierwszego wejrzenia. Na mojej drodze stanął Adam Ambler, a właściwie jego książka.
Nigdy nie lubiłam erotyków, a w swoim żywocie, przeczytałam ich całkiem sporo. Dawałam im szansę wielokrotnie i za każdym razem ponosiłam sromotną klęskę. Postanowiłam: nigdy więcej. Minęły miesiące i przyszedł czas na Seksturystę. Podjęcie decyzji nie było łatwe, tytani walczyli zaciekle, ale spróbowałam jeszcze raz. Intrygująca okładka, ale ja już nie zakochuję się od pierwszego wejrzenia i dobrze, bo wnętrze okazało się jak w podręczniku szkolnym, dość drobny druk, niemal całe strony zapisane, a poza tym, zaczęło się zbyt dużą dawką informacji. Jakbym to określiła: podręcznik o seksturystyce i Indonezji. Zabójcze połączenie, ale cóż, nie brzmi to zbyt interesująco. Książka nie szczyci się przejmującą i chwytającą za serce fabułą, ale taka chyba ma być. Na początku bardzo mnie to drażniło, ale później z każdą stroną przeżywałam małe zaskoczenie, budziła się we mnie coraz większa ciekawość i wielokrotnie zmieniałam zdanie co do jej oceny, ale co ważne, za każdym razem, była ona wyższa.
"Seks to darmowe pigułki szczęścia. Sto razy lepsze niż najlepszy skręt, whisky czy marlboro."
Moim skromnym zdaniem, porównanie tej pozycji do "50 twarzy Greya" jest bezsensowne, bo jedyne co łączy te dwie pozycje, to dość wulgarne opisy seksu. Tylko, że Ambler odwalił dużo lepszą robotę. Opisy są różnorodne, lepiej działają na wyobraźnię, choć tutaj muszę wspomnieć, ta książka nie jest dla każdego, zdecydowanie 16+. Erotyka w takim wydaniu podkreśla tylko właściwy temat, nadaje mu smaczku, sprawia, że staje się on bardziej interesujący, w pewien sposób go obrazuje. Tylko, co jest tym właściwym tematem.
Czytając, miałam wrażenie, że tak naprawdę nie chodzi o sam seks i obym się nie myliła, znajdziecie w niej co nie miara fragmentów potwierdzających moje zdanie, bo ta książka wskazuje na moralną poprawność, daje podstawy, abyśmy mogli zastanowić się nad tym, czy rzeczywiście to, co uznawane jest za poprawne, takie właśnie jest, a to, co zostało okryte tematem tabu, nie powinno zostać wystawione na światło dzienne. Ambler zadaje wiele pytań, stara się na nie odpowiedzieć, przemówić do nas; "Dlaczego tak bardzo chcę, aby postawić znak równości między seksem płatnym a seksem - nazwijmy to - klubowym, czyli z kimś poznanym na mocno zakrapianej imprezie, po której oboje mamy czarne dziury w pamięci?". Spostrzeżenia autora są trafne, aczkolwiek cała ta książka jest niezwykle kontrowersyjna, temat dość trudny i sama nie zgadzam się ze wszystkim tym, co zostało w niej przedstawione. Zależy głównie od podejścia do samego seksu, czy jest on uznawany jako usługa, przyjemność, czy może jako akt miłości. Ta pozycja potrafi oburzyć, wyprowadzić z równowagi, a czasami nawet denerwować, ale w gruncie rzeczy trochę w tym prawdy, bo czy można hańbić kobiety, które nie oddają się obcym mężczyznom, aby wykarmić rodzinę, czy prostytutki=kobiety z biznesu, które swoja profesję, traktują jako zwykły zawód, a to wynika po prostu z ich punktu postrzegania, zasad, można powiedzieć, że to ich sprawa, rozporządzają swoim jak tylko chcą. Nie chcę zbyt mocno zagłębiać się w temat, ale myślę, że książka jest warta przeczytania.
Zaryzykowałam i wygrałam. Książka jest dobra, świetnie napisana, intrygująca i dająca do myślenia. Wzbudza ogrom sprzecznych uczuć, mimo że fabuła to najmniej ważna sprawa i wcale dużo jej tutaj nie znajdziecie, choć myślę, że w pewnym momencie zaskoczycie się równo mocno jak ja. To nie jest tylko książka erotyczna, to jest coś ponad to, poprzez zerwanie zasłon z tematów tabu, ukazuje ogrom problemu. Mimo swoich wad, jest warta przeczytania, a przekonałam się o tym na własnej skórze. Polecam, a uwierzcie na słowo, dowiecie się wielu przydatnych(:P) ciekawostek.
"Mieli bardzo prosty plan: być razem do końca życia."
Kiedy przychodzi śmierć, stajemy się odważniejsi. Dzielnie stawiamy czoło każdej kolejnej chwili, która zbliża nas świadomie w jednym kierunku, w stronę przepaści, w której zatracimy się na zawsze. To tylko pozory, bo zwykle ludzie pogrążeni są w strachu, nie myślą o tym, co będzie potem, czy może znajdziemy się w piekle i już na zawsze zostaniemy skazani na pracę przy ładowaniu węgla na rozżarzone wózki w ogromnej i dusznej kopalni, bez dostępu do wody(takie moje dziecięce, przerażające przemyślenia) lub wrócimy z powrotem, tylko tym razem jako zupełnie inna osoba, nieświadoma swojego poprzedniego istnienia. Te myśli przyprawiają o siarczyste dreszcze. Jednak my staramy się dalej, z myślą o bliskich, jesteśmy dzielni, "żeby tylko się nie martwili", już i tak wyrządzamy im wystarczającą krzywdę, umierając. Często jest tak, że osoba śmiertelnie chora jest tego świadoma, oni też nas tracą, oni też cierpią. W obliczu rychłej śmierci, przestajemy być ślepymi egoistami, zwracamy uwagę na to, że przecież to właśnie mój syn, odczuje największą stratę, jej córka będzie płakać po nocach, jego żona będzie przytulać się do szlafroka męża, próbując zapamiętać jego zapach, to oni zostaną tutaj całkiem sami, pośród miliona nieczułych na ich los ludzi. Czy sobie poradzą? Jak to zrobię? Jak im pomóc? To pytania, które dręczą umierającego, to pytania, które dręczyły Gerriego.
"Holly łyknęła herbaty. Ten magiczny napój
rzeczywiście czyni cuda. Stanowi lek na wszystkie życiowe kłopoty. Na
dotkliwą plotkę - filiżanka herbaty, na zwolnienie z pracy - filiżanka
herbaty, na wiadomość, że mąż ma guz mózgu - filiżanka herbaty..."
Poznajemy Holly, młodą kobietę, do niedawna szczęśliwą mężatkę, która kłóciła się z Gerrym o błahostki, spędzała z nim piękne chwile swojego życia, wypłakiwała mu się w koszulkę, po ciężkim dniu w pracy. Teraz każde wspomnienie, nawet takie, które rozkładało ją na łopatki ze śmiechu, jest biczem, który z każdym uderzeniem rozrywa jej serce już i tak niemożliwe do zszycia. Łzy szczęścia zamieniły się w strumienie bólu.
Holly od kilku miesięcy jest wdową, zostali przy niej tyko najbliżsi, a ona nie widzi sensu w dalszym życiu. Zmieni się to wraz z pewnym listem, który pomoże kobiecie, spróbować żyć na nowo. Ta tajemnicza koperta, zatytułowana jednym słowem "Lista", będzie zawierać dziesięć krótkich wiadomości dla Holly, od jej męża, to one dadzą jej nadzieję, wiarę w to, że może być znów szczęśliwa.
Piękna historia, która wzrusza, daje nadzieję nie tylko Holly, ale i nam, czytelnikom. Sprawia, że łagodniejszymi oczami patrzymy na życie, że uśmiech nie schodzi nam z twarzy. Wzrusza, targa emocjami, ale delikatnie jak muzyk grający na harfie. Mamy ochotę cicho wyszeptać; "ta książka jest cudowna".
Kiedy obejrzałam film, stwierdziłam, że nic nie sprawi, żebym kiedykolwiek zabrała się za czytanie tej historii, było to dosyć dawno, więc nie powiem Wam, co dokładnie sprawiło, że miałam ochotę zwiewać na sam widok tego tytułu. Moje dwie znajome nie dały rady nawet dobrnąć do końca ekranizacji, ja się pytam, jak można zrobić coś tak strasznego książce, bo ona jest zupełnie inna, wciągająca, piękna, emocjonująca, mądra i wartościowa. Ahern pisze prosto, bez zbędnych ceregieli, ale to jest dobre, to się świetnie czyta.
"Walka o pokój jest jak pieprzenie w imię dziewictwa."
Holly to osoba, którą trudno określić, na początku nie miałam pojęcia jakimi cechami charakteru ją opisać. Dopiero z czasem dowiadujemy się jaka ona jest, a właściwie jaka była i jak się zmieniła. Życie uczy nas cały czas, powoli zmienia, ale czasem robi nam niespodzianki, rozpędzeni wchodzimy na kałużę pokrytą lodem, upadek sprawia, że w sposób drastyczny czegoś się uczymy i już wszyscy wiemy, dlaczego nie lubimy być zaskakiwani. Dla Holly taką kałużą była choroba męża, upadkiem, jego śmierć. Zmieniła się niemal całkowicie, prawie tego nie zauważając, inaczej zaczęła patrzeć na świat, dostrzegła coś, czego nie widziała przedtem i to było piękne. Odkrywamy to razem z bohaterką, narracja jest tak wspaniale prowadzona, że idealnie wczuwamy się w postać Holly, jesteśmy nią i razem dochodzimy do tych wartościowych rzeczy.
"Fruń do księżyca, a jeśli ci się nie uda, i tak znajdziesz się pośród gwiazd"
P.S. Kocham cię to książka, która bawi, wzrusza, zaskakuje, a gdy już skończysz, nie uwierzysz, że tak szybko to minęło, że to już koniec i usiądziesz, trzymając ją w ręce, próbując przedłużyć tą ostatnią chwilę. "Wow" tego się nie spodziewałam, tak bym to podsumowała, bo na prawdę, kto widział film, niech nie skreśla książki, komu ekranizacja się podobała, tym bardziej powinien ją przeczytać.
Ciężkie chwile w naszym życiu nie wyznaczają jego końca, są tylko nowym, trudnym do zdobycia doświadczeniem, które tworzy naszą tarczę ochronną, abyśmy byli silniejsi, twardsi. Polecam, bo kiedy zaczynam filozofować, to znaczy, że możecie w tej książce odkryć coś bardzo w porządku. Ja odnalazłam trochę siebie, mam nadzieję, że Wy też spróbujecie.
Tytuł: Hobbit, czyli tam i z powrotem
Gatunek:fantastyka
I wydanie:19
Ilość stron: 314
Ekranizacja:tak(3 części, tytuły wymienione pod koniec posta)
Tolkien jest pisarzem podziwianym na całym świecie, o tym słyszały już nawet dzieci, no przynajmniej te, które o książkach wiedzą coś ponad to, że istnieje taka magiczna rzecz jak zszyta kupa kartek z treścią w środku. Ja z tym pisarzem po raz pierwszy miałam do czynienia kilka lat temu, kiedy pod przymusem konkursu z języka polskiego, zagłębiłam się w treść Władcy pierścieni. Gdy zobaczyłam ogromne tomiszcze byłam nieco przerażona, pamiętam ten dzień jakby to było w tym roku, w święto Wszystkich Świętych, cała rodzina poszła na cmentarz, a ja chora pozostałam w łóżku z zamiarem i determinacją, zmierzenia się z historią spisaną na początku drugiej połowy XX wieku. Przepadłam, świat fantastyki porwał mnie w swój wir, czytałam mimo, że oczy kleiły mi się jakby ktoś wysmarował je miodem, ale nie mogłam się oderwać, od tamtego momentu pokochałam całą historie o hobbitach, krasnoludach i pierścieniach, choć poznałam jej wtedy zaledwie malutką cząstkę. Dzisiaj opiszę Wam jak przebiegło kolejne spotkanie z historią tak ostatnio osławioną, dzięki ekranizacji, która wypłynęła na światło dzienne zaledwie kilka dni temu.
Hobbit, czyli tam i z powrotem to historia, która jest wstępem do Władcy pierścieni. Bilbo Baggins to hobbit jak każdy inny, mieszka w swojej wyszykowanej norce, przepada za ciepłem kominka i swoim wygodnym fotelem, typowy domator. Pewnego dnia odwiedza go czarodziej Gandalf i zaprasza, a właściwie oznajmia mu, że bierze udział w wyprawie krasnoludów, której celem jest złoto, odebrane im przez Smauga, okrutnego i bezlitosnego smoka. Świat Śródziemia przemierzany przez kompanię Thorina(władcę krasnoludów) zaskoczy was niejednokrotnie, w końcu to fantastyka, w której wszystko jest możliwe, piękne elfy, okropne gobliny, nie więcej urodziwy Gollum i pierścień, ten który stanie się jednym z łączników pomiędzy Hobbitem a osławioną trylogią Tolkiena.
"- Dzień dobry - powiedział Bilbo [...].
- Co chcesz przez to powiedzieć? - spytał [Gandalf]. - Czy życzysz mi
dobrego dnia; czy oznajmiasz, że dzień jest dobry, niezależnie od tego,
co ja o nim myślę; czy sam się dobrze tego ranka czujesz, czy może
uważasz, że dzisiaj należy być dobrym?"
Tolkien to człowiek, którego wyobraźnia nie znała granic, nie waham się tego powiedzieć, bo stworzyć takie historie to mistrzostwo samo w sobie. Świat przedstawiony w jego powieściach zachwyca pięknem i pomysłowością. Jednak, co muszę przyznać z ogromnym bólem, Hobbit nie oczarował mnie tak bardzo jak się tego spodziewałam. Podobało mi się, jestem zadowolona, aczkolwiek spodziewałam się czegoś lepszego, czegoś bardziej fascynującego, nie rozczarowałam się, to byłby grzech, bo historia Bilbo Bagginsa jest naprawdę ciekawa, ale przy porównaniu z trylogią Władcy pierścieni dużo traci.
Momentami czytałam na siłę, zmuszałam się, żeby przebrnąć przez mniej ciekawe fragmenty, szybko się dekoncentrowałam i jakoś nie mogłam zatopić się w lekturze, z czym zwykle nie mam większego problemu. Czytam w tramwajach, w poczekalni, przed telewizorem i tracę kontakt z rzeczywistością, co dziwne, tylko raz o mały włos nie przegapiłam swojego przystanku. Każdej książce trzeba dać szansę i ja cieszę się, że i tym razem się nie poddałam, moja silna wola była podsycana pozytywnymi opiniami wielu czytelników, filmem, który mi się podobał i uwielbieniem mojego brata do Hobbita, którego czytał już trzy razy. Nie poddałam się, przeczytałam, nie porwało mnie, ale w gruncie rzeczy mogę stwierdzić, że jest się czym zachwycać, bo to świetna historia, każdy miłośnik fantasy powinien ją przeczytać, ale jedną z najlepszych książek bym jej nie nazwała, no cóż brakło mi czegoś, jakiegoś łapacza, który wciągnąłby mnie w ten świat.
Mało opisów, kto czytał Władcę pierścieni ten wie, że tam narracji jest od groma, momentami to może nużyć, ale w tym wypadku było jest zbyt mało, albo nie została poświęcona temu, co trzeba. Gdyby nie film, chyba moja wyobraźnia odbyłaby misję samobójczą, próbując stworzyć obraz goblinów, elfy no cóż, jest ciężko jedynie z Bilbem nie było problemów...zbyt wielkich. Pewnie część was już ładuje broń, żeby mnie wystrzelać za to, co piszę, "Jak to Hobbit, ci się nie podobał? Idę stąd i już nie wracam" (oj, mam nadzieję, że jednak tak nie myślicie), tłumaczę podobał się, ale moim zdaniem nie jest to tak wybitna książka jak niektórzy ją malują, każdy ma swoje zdanie, ja to doceniam, ale chyba właśnie z tego powodu moje oczekiwania zostały wychłostane.
Podsumowując, nie będę pisać dużo o fabule, myślę, że wystarczy jak powiem, że warto ją poznać i nie tylko dzięki ekranizacji, ale i książce. Jednak strzeżcie się i ograniczcie Wasze oczekiwania, nie róbcie tego błędu co ja, podejdźcie do niej z czystą kartą(jeśli się da), a może wtedy wywrze na Was lepsze wrażenie, a gdyby znalazła się jakaś istota, która zrezygnowała z trylogii Tolkiena przez wzgląd na tą powieść, niech się przełamie, bo to był tylko wstęp, a jak wiecie, we wstępie nie kryje się nawet część tego, co ważne, w tym miejscu autor tekstu walczy o zaciekawienie czytelnika nie zawsze się to udaje, ale jakkolwiek by nie było, myślę, że Tolkienowi nawet w moim wypadku, by się to udało. Pozostaję mu wierna mimo małej potyczki.
Kiedy usłyszałam, że ma powstać ekranizacja Hobbita, bardzo się ucieszyłam, jednakże wiadomość, że to będzie trylogia, mocno mną wstrząsnęła, a wręcz wzburzyła. Popatrzmy na to tak:
Hobbit: Niezwykła podróż - 2 h 49 min.
Hobbit: Pustkowie Smauga - 2 h 41 min.
Hobbit: Bitwa Pięciu Armii - 2 h 24 min.
W sumie 7 h 54 min.(!) filmu, książka ma zaledwie 314 stron(!). Pytanie nasuwa się od razu, skąd reżyser wziął materiał do tego filmu, a przynajmniej ostatniej części?, nie ma co, tak dużo się tam nie działo. Trochę to straszne i przed obejrzeniem ciarki przechodziły mi po skórze, czy to będzie wielka i doniosła klapa?
Wszystko zaczęło się miło i przyjemnie. Martin Freeman jako Bilbo był genialny. Dużo się działo, sporo dodano, ale czy to była taka zła decyzja. Na początku rozpaczałam, ale czy teraz żałuję? Nie moi drodzy, zdecydowanie nie, ale po kolei.
Totalnie nie podobał mi się motyw Gandalfa, Galadier, Sarumana i ich walka ze "złem". Zupełnie niepotrzebny, wiem wiem, nawiązanie do Władcy..., ale myślę, że obyło by się bez tego.
Andy Serkis jako Gollum jest po prostu genialny, za każdym razem, kiedy usłyszę "skarbie", przed oczami widzę właśnie jego i to przeciągłe "sssskarbie" haha. Inny bohater, o którym jest głośno, to oczywiście Legolas, Orlando Bloom pojawia się na ekranie w długich, blond włosach, hipnotyzujące spojrzenie, łuk, panie wzdychają, a ja..... "o rany, jak on mnie denerwuje". Taka już jestem okrutna, że mi nie dogodzi, chociaż przyznam, że przystojniejszego elfa nie widziałam.
Dużo scen było naciąganych, typowo pod komercję, ale nie powiem, żeby niektóre z nich mi się nie spodobały, np. sceny Kiliego i Tauriel. Tego w książce nie było, a szkoda, chociaż nie ma co bronić reżysera, dzięki tym scenom chciał po prostu zarobić troszkę więcej kasy, miłość przyciąga widzów, szczególnie ta nieszczęśliwa.
Mamy jeszcze Smauga, wiecie kto dał mu głos? Uwaga!, zagadka: pewien pan, o którym ostatnio było głośno, wysoki, szczupły, przystojny, wcielił się w rolę niezwykle inteligentnego człowieka w produkcji BBC, zwariowany, uzależniony, ale rozwiąże każdą zagadkę, Sherlock! Wiecie kim jest ten aktor? Oczywiście to Benedict Cumberbatch. Jak widać sama śmietanka towarzyska, wymieniłabym jeszcze więcej nazwisk, ale nie chcę Was zamęczać, taki Evans jako Bard, Lee Pace, Evangeline Lilly (kojarzycie ją z LOST?). Świetni aktorzy, spisali się na medal.
Tyle osób narzeka na ten film; komercha, za dużo techniki, za długo trwa, naciągane sceny, a ja Wam powiem, że jestem zadowolona, mi się podobało i na maratonie 19 grudnia, siedziałam z otwartymi szeroko oczami, wpatrując się zachwycona w ekran, z wysoko podniesioną głową (no cóż, 4 rząd:O) i starając się nie przegapić ani ułamka filmu, choć pierwszą i drugą część widział po raz n-ty. Trzecia część pobiła na głowę poprzednie, akcja pędziła niczym rydwan po zwycięstwo. Działo się sporo, nie sposób było się nudzić, a co dopiero zasnąć, mimo że na zegarze było już długo po trzeciej nad ranem. Zabawny, ekscytujący, a nawet łezka w oku się zakręciła. Kto nie widział, niech jak najszybciej to nadrobi, bo ja polecam, bardzo polecam :D
Ta piosenka już zawsze będzie kojarzyć mi się z Hobbitem <3
Tytuł oryginału: Appointment with Death
Gatunek: kryminał
I wydanie: 1938
Ilość stron: 2010
Ekranizacja:tak
Agatha Christie to najbardziej znana na całym świecie pisarka kryminałów. Wydała ponad 90 powieści i sztuk teatralnych. Stworzyła jednego z najsłynniejszych detektywów wszech czasów. Zaraz po Sherlocku Holmesie, niezwykłą sławą cieszy się niziutki Belg, Herkules Poirot, który zaszczyci nas swoją obecnością w ponad 30 książkach tej jakże cenionej autorki.
Bohater musi mieć w sobie coś wyrazistego, oryginalnego, to gwarantuje mu dożywotnią sławę, a może nawet zostanie okrzyknięty jednym z najlepszych postaci w historii literatury kryminalnej. Detektyw Poirot nie grzeszy przeciętnością. Niski wzrost, jajowata głowa i wypielęgnowane wąsy, obsesja na punkcie porządku, objawia się nie tylko w przyrządach do czyszczenia obuwia, które wszędzie ze sobą targa, ale każdej dziedzinie jego życia, a przede wszystkim w sprawach, które prowadzi. Jeszcze nie zdążyłam dobrze poznać pana H. Poirota, na razie trzyma mnie na dystans, ale po naszym pierwszym spotkaniu, śmiało mogę powiedzieć, że jestem bardzo zadowolona, a nawet miło zaskoczona pewnym podobieństwem do tytułowego bohatera serialu, który swego czasu namiętnie oglądałam "Detektyw Monk" i to nie tylko przez pedantyczność, którymi obie postacie się cechują.
Herkules Poirot całkiem przypadkiem zostanie wplątany w pewną nieco dziwną sprawę, stanie się jej naocznym obserwatorem, a nawet świadkiem bardzo kluczowego momentu. Amerykańska rodzina Boytonów, na pozór całkiem zwykła, ale gdy się przyjrzeć choć przez chwilę, nawet zwykły człowiek, bez wiedzy w sferze psychologicznej, zdoła zauważyć, że coś nie gra. Napięcie między członkami rodziny razi na odległość, dziwne zachowania, które trudno wytłumaczyć, sprawiają, że coraz więcej osób zaczyna interesować się Boytonami. Młoda lekarka, Sara King, poznaje Raymonda, kiedy widzi go po raz wtóry, ten udaje, że jej nie poznaje. Po amatorskim śledztwie, które przeprowadza kobieta, dowiaduje się, że głowa rodziny, pani Boyton, to okrutna tyranka z bardzo silną osobowością, co pozwoliło jej trzymać resztę rodziny na bardzo krótkiej smyczy, niemal jak w więzieniu. Chora więź łącząca rodzinę jest tak silna, że może przerwać ją tylko śmierć tyranki, która niewątpliwie nie będzie końcem problemów...
"- Rozumiesz przecież, że ją trzeba zabić?
Pytanie jak gdyby zawisło na chwilę w spokojnym powietrzu nocy, aby
ulecieć poprzez ciemności w kierunku Morza Martwego. Herkules Poirot
znieruchomiał z ręką na okiennym ryglu. (...) Z pedantyczną dokładnością
zasłonił okno i zmierzając w stronę łóżka, uśmiechnął się dobrotliwie.
"Rozumiesz przecież, że ją trzeba zabić". Ciekawe zdanie! W sam raz dla
uszu słynnego detektywa - i to pierwszego wieczoru w Jerozolimie"
W książkach Agathy Christie już od pierwszej strony możemy zauważyć jak ogromną wiedzę posiadała autorka. Za każdym razem dowiadujemy się czegoś nowego, mimo że jej powieści są bardzo krótkie. Ich objętość jest jedynie zaletą, bo w swej małej formie, zawierają dużo treści, która wystarczająco usatysfakcjonuje nawet najwybredniejszego czytelnika.
Kryminał jest świetnie skonstruowany, małymi kroczkami dochodzimy do rozwiązania zagadki, dostając po kilka dowodów, dzięki temu sami możemy pobawić się w detektywów i sprawdzić, czy może mamy coś wspólnego z Poirotem, pomijając oczywiście wygląd. Przyznam szczerze, że sama niezwykle się bawiłam, wymyślając multum teorii spiskowych, aż w końcu zaczęłam się obawiać o własną psychikę. Koniec końców i tak autorka wyprowadziła mnie w pole i zachodziłam w głowę, dlaczego na to nie wpadłam, choć teraz to wydaje się takie proste, ale jak to napisał kiedyś A. C. Doyle: "W większości wypadków im dziwniejsza wydaje się sprawa, tym banalniejsze rozwiązanie.". Tak, więc zapamiętam na przyszłość.
Inną ważną zaletą tej akurat powieści kryminalnej są znakomicie nakreślone portrety psychologiczne bohaterów, szczególnie tych z rodziny Boytonów. Doskonale rozrysowany przekrój zła i tyranii, destrukcyjny wpływ pewnych zachowań na ludzi oraz okropne tego skutki, przykład najmłodszej córki, Ginewry i jej choroba psychiczna. Lenox i Nadine, ich postępowanie też może być niezwykle interesujące z psychologicznego punktu widzenia. Zachowanie bliskich sobie osób w efekcie oskarżenia, takie oczywiste, ale sposób w jaki przedstawiła to autorka bardzo pozytywnie mnie zaskoczył.
"(…) wiedział, że żadnego kraju, żadnego lądu,
żadnego osobnika niepodobna nazwać nieograniczenie wolnym. Rzecz w tym,
że istnieją rozmaite odmiany i gatunki więzów."
Mimo wszystkich plusów, mam kilka zarzutów, które są ważne, ale nie dość istotne, aby znacznie wpłynąć na ogólna ocenę powieści. Niektórzy bohaterowie byli niezwykle irytujący, lady Westholme, doktor Gerard, czy niewiarygodnie dobroduszny Cope, nie wspominając już o samej pani Boyton. Momentami też nie mogłam zrozumieć niektórych zachowań bohaterów, jednak to wszystko ładnie i gładko można wytłumaczyć. Niestety na swojej drodze do celu napotkałam kolejną przeszkodę, dłużące się fragmenty, w których w sumie chodziło ciągle o to samo. Zakończenie powieści też było dla mnie przydługawe, rozwiązanie zagadki i uniewinnianie każdego bohatera z osobna, myślę, że można to było zrobić bardziej ogólnikowo. Moja cierpliwość została poddana srogiej próbie, ale bez problemu ją zwyciężyłam, tak więc myślę, że nie ma co się zrażać tymi kilkoma minusikami.
Summa summarum, moje drugie spotkanie z twórczością Christie zakończyło się bardzo pozytywnie. Już zacieram rączki na te 94 powieści, które jeszcze przede mną. Wam bardzo polecam zapoznać się, z którąś z jej książek, na pewno się nie zawiedziecie, a może odnajdziecie w sobie zmysł detektywa...
Tytuł oryginału: The Notebook
Gatunek: obyczajowa
I wydanie: 1996
Ilość stron: 207
Ekranizacja:tak
Ktoś powie, że miłość nie przetrwa próby lat, że nie ma czegoś takiego jak motylki w brzuchu, które zwalą cię z nóg jak dobry, prawy sierpowy. Pewnie ktoś zarzuci, że takie maksymy jak "stara miłość nie rdzewieje" są naiwne, nie istnieją w prawdziwym życiu, a może ten ktoś po prostu nie miał styczności z tym uczuciem, że dalej czeka i oby na niego także przyszedł czas...
Czy miłość niepielęgnowana może płonąć mimo długiej próby czasu, a później znowu wybuchnąć i połączyć dwa serce, tym razem już na zawsze? Ja w to wierzę, znam nawet taki przykład i choć nie wiem czy było to tak piękne jak w tej powieści, to jest to w pewnym sensie potwierdzenie, które daje nadzieję. I może nie będzie tak jak w filmach, książę zdejmie koronę i założy zwykły kaszkiet, a swojego białego konia sprzeda na Allegro, ale większość z nas przeżyła lub przeżyje tą cudowną chwilę pierwszej miłości, która już na zawsze zostanie zapisana w kartach naszej historii...
Pamiętnik to skarbnica tajemnic, która zawiera zapierającą dech w piersi historię dwojga ludzi. Połączyło ich piękne uczucie, naznaczone trudem i bólem. To sprawiło, że było ono jeszcze głębsze, bardziej doskonałe.
Noah każdego dnia czyta ten sam pamiętnik pewnej damie, chorej na Alzheimera. W ten sposób walczy z chorobą żony. Momentami wygrywa, ona coś sobie przypomina, ale jak trudny jest powrót do rzeczywistości.
Ta powieść to niesamowita historia, dająca nadzieję, wyciskająca łzy, napełniająca radością, ale i smutkiem. Prawdziwa jak życie człowieka, w którym nie ma happy-endów, w którym po deszczu przychodzi tęcza, a później znów nie wiemy, co się wydarzy...
"Rozstanie boli tak bardzo dlatego, że nasze
dusze stanowią jedno. Może zawsze tak było i może na zawsze tak
pozostanie. Może przed tym wcieleniem żyliśmy po tysiąc razy i w każdym
życiu siebie odnajdowaliśmy. I może za każdym razem z tego samego powodu
nas rozdzielano. Co oznaczałoby, że dzisiejsze pożegnanie równa się
pożegnaniu sprzed dziesięciu tysięcy lat i stanowi preludium przyszłego
pożegnania."
Już czwarty raz pochłaniam słowa Nicholasa Sparksa, za każdym razem zachwycam się czymś nowym. Autor zaskakuje mnie niebanalnym romantyzmem swoich powieści, przedstawieniem uczucia w sposób, którego nie znajdziecie nigdzie indziej, idealnie wyważoną ilością smutku i radości, realnością powieści, którą potrafię dostrzec w niemal każdej linijce.
"Pamiętnik" to dokładne studium uczucia, od momentu nastoletnich, rozszalałych emocji, przez mocną i silną miłość dwojga dorosłych, aż do trwałej i nieprzezwyciężalnej więzi starszego małżeństwa. Ta powieść daje przykład, pokazuje jak powinno się kochać, kiedy się nie poddawać i jak walczyć. Udowadnia, że najtrwalsze więzi są w stanie przetrwać nie tylko próbę lat, ale i choroby. Podtrzymać na duchu i być oparciem.
Jeszcze nigdy nie czytałam książki, która w tak dużym stopniu poruszałaby temat miłości pomiędzy dwojgiem starszych osób. Nie powiem Wam, że się zaskoczyłam, bo byłam pewna, że się nie zawiodę. Wystarczyło spojrzeć na nazwisko autora. Nie wiem, czy oglądaliście ekranizację, ale jeśli nie, to zróbcie to koniecznie, jest równie dobra, zachwycająca, a aktorzy wywrą na Was bardzo pozytywne wrażenie swoją grą. Ja dziś oglądałam ją po raz drugi i mogę zrobić to jeszcze raz, śmiejąc się w tych samych momentach, kolejny raz mając łzy w oczach i patrząc w ekran z tą samą dozą ciekawości. Do tego muzyka, film oglądałam jeszcze przed przeczytaniem, parę lat temu, ale wielokrotnie wracałam do niektórych piosenek z ekranizacji, są po prostu cudowne.
"Człowiek zupełnie nie wie, kiedy tonie, która kropla wody wyznacza mu koniec."
To książka, w której każdy powinien znaleźć coś dla siebie. Nie jest przesłodzona, mimo że mówi o miłości, która pokonała tak wiele przeszkód. Wiele w niej bólu, więc przygotujcie paczkę chusteczek. Jestem pewna, że wywrze na Was niesamowite wrażenie, zagwarantuje Wam chwilę przepełnioną emocjami. Powieść jest bardzo krótka, ale nie brakuje w niej zupełnie nic i mimo, że czasem po takich książkach czuję niedosyt, tym razem mam wrażenie, że Sparks zawarł w niej wszystko, co powinien. Nie przedłużając, bardzo polecam.
Tytuł oryginału: Before I fall Gatunek:fantastyka, science-fiction
I wydanie: 2010
Wydawnictwo: Otwarte
Ilość stron: 382
Ekranizacja: nie
Opis:
Wystarczy jedno źle wypowiedziane słowo, a nasze życie może zmienić swój bieg o sto osiemdziesiąt stopni. Jedna podjęta decyzja sprawi, że do końca życia, na kolanach, będziemy dziękować Bogu, za to, że właśnie tak postanowiliśmy. Trwało to zaledwie kilka sekund, zaważył nad tym, tylko jeden dzień.
"7 razy dziś" to książka o drugiej szansie, a dokładnie o siedmiu kolejnych, które dostała bohaterka, aby naprawić swoje życie, aby zobaczyć, kim na prawdę jest. To powieść, która pokazuje najważniejsze wartości, odkrywa człowieczeństwo i rozwodzi się nad życiem. Samantha Kingston ginie w wypadku samochodowym, jednak następnego ranka budzi się we własnym łóżku, cała i zdrowa, kiedy spojrzy na telefon, zda sobie sprawę, że jest 12 luty, Dzień Kupidyna, "jeszcze raz dziś..."
Recenzja:
"A może stać nas na to, żeby poczekać. Może dla ciebie jest jakieś jutro. Może dla ciebie istnieje tysiąc kolejnych dni albo trzy tysiące, albo dziesięć - tyle czasu, że możesz się w nim zanurzyć, taplać do woli, że możesz pozwolić, by przesypywał ci się przez palce jak monety. Tyle czasu, że możesz go marnować. Ale dla niektórych istnieje tylko dziś. I tak naprawdę nigdy nie wiadomo."
Książka trawiła do mnie przypadkiem, przechadzałam się między regałami w bibliotece publicznej i tak jakoś, mój wzrok padł na ten śliczny grzbiecik. Powyższy cytat przeczytałam z tylnej strony okładki i wiedziałam, że muszę ją poznać w całości.
Nigdy wcześniej nie słyszałam o tej pozycji, ani nawet o samej autorce, ale czułam, że się nie zawiodę. Takie wewnętrzne przeczucie. Jestem pełna podziwu dla Lauren Oliver, "7 razy dziś" to jej debiut, który od razu znalazł się w pierwszej dziesiątce bestsellerów "New York Timesa" i powiem Wam tyle, ta nominacja na pewno nie była bezpodstawna.
"Niebo akurat wygląda dokładnie tak samo. Pewnie na tym polega cała tajemnica, kiedy próbuje się wrócić do przeszłości. Trzeba spojrzeć w górę."
O czym?
O nastolatce, zwykłej, młodej dziewczynie. Uczęszczającej do jednej z tych amerykańskich szkół, które znamy z filmów. Wiecie, grupka fajnych dziewczyn, podział na kujonów, lepszych i gorszych, popularnych i niepopularnych.
Nie tylko mi spodobała się książka :D
Sam, nie zawsze przyjaźniła się z Lindsey, nie zawsze była "fajna", ale jej życie się zmieniło. Chodziła z jednym z najprzystojniejszych chłopaków, była zapraszana na każdą imprezę, nie spędzała żadnego weekendu w domu, przynajmniej nie sama. Dusza towarzystwa, piękna i popularna.
Wtedy myślałam, że jednak się rozczaruję, że moje przeczucie mnie zawiodło, w końcu każdy popełnia błędy i mojej podświadomości też należy wybaczyć. Zaczęłam się spodziewać pustej książki dla nastolatek. Takiej, w której dziewczyna popularna zakochuje się w wyśmiewanym przez wszystkich chłopaku, albo jak to kujonka pnie się na wyżyny i nagle wszyscy zaczynają ją lubić, a ona staje się wredną zołzą. Chyba wiecie, o co mi chodzi. Jednak bezosobowe lalki, zaprogramowane na bycie "super", nie były takie jak mogłoby się wydawać, ich osobowość zaskoczyła bardziej urozmaiconą paletą kolorów. Nie wszystko było czarno-białe, zdarzały się odcienie szarości, które z całą pewnością może reprezentować Lindsey, mimo, że była wredna, dla swoich przyjaciół, była kimś niesamowitym. Ukrywała sekret, który mógłby ją zniszczyć, egoizm to jedna z jej niezaprzeczalnych cech, ale potrafiła też walczyć o najbliższych. Jej wcześniejsze życie też nie było wyściełane aksamitami, choć pieniędzy miała tyle, co trawy wkoło mojego domu(zdjęcie książki idealnie obrazuje, o czym mówię). Mimo jej wad, nie mogę powiedzieć, że jej nie lubię, ani też, że za nią przepadam. Jest trudną osobą, z którą dobrze się przyjaźnić, ale jeśli ma się ją za wroga, to można już mówić o tragedii.
Sam bardzo potulna osoba, która zmieniała się pod wpływem innych. Zmieniała się w pustą lalkę, jej pech, że akurat porcelanową, bo zdarzył się wypadek, ale wszystko można posklejać i jej także się udało. Dostała aż 7 szans, aby naprawić swoje życie.
W tej powieści jest wielu bohaterów, nie przy każdej recenzji poświęcam im tyle uwagi, to znak, że nie są tego warci, tym razem było inaczej. Postacie są stworzone bardzo obrazowo, autorka tchnęła w nich życiem, prawie każdy był niezwykły i można by o nim napisać przynajmniej kilka wyczerpujących linijek. Ja Was nie będę zadręczać, ale wiedzcie, że to jest jeden z wielu powodów, dla których warto książkę przeczytać.
"Tego dnia przyrzekłem sobie, że kiedyś będę twoim bohaterem, choćby nie wiem ile czasu miało mi to zająć."
Wiele z Was może pomyśleć, że czytanie siedem razy, o tym samym dniu, może wprowadzić w stan skrajnego zmęczenia, co jest skutkiem śmiertelnego zanudzenia. Nie ma się czego obawiać, dni mają ten sam schemat, którym bohaterka bawi się jak plasteliną. Zmienia się, a to sprawia, że podejmuje inne decyzje, zauważalne są różnice, ale struktura wciąż ta sama.
Jeden wniosek, co byśmy nie zrobili i tak nie zmienimy tego, co zostało zaplanowane, ale możemy sprawić, że niektóre rzeczy, obiorą zupełnie inny tor, więc może warto się starać. Postępować tak, aby było lepiej, choć trochę, bo ten jeden uśmiech, może zmienić wszystko.
Nie przeciągając, gdybym książkę miała opisać kilkoma słowami, to wybrałabym: piękna, prawdziwa, smutna, zabawna. Taka właśnie jest, zawiera wszystkie kolory tęczy, nie tylko te wesołe, choć z pozoru może wydawać się zupełnie inna. Nie spodziewajcie się genialnej lektury, bo do tego dużo jej brakuje. Jednak książka Lauren Oliver to wnikliwa analiza życia, naszych wyborów. Mimo, że to fantastyka, jest jak najbardziej realna, jeśli wiecie, o co chodzi. Uwielbiam takie książki i Wam również polecam, niezależnie od wieku. Starsi czytelnicy, bez obaw, i Wy się nie zawiedziecie.
Opis: Kraków to piękne miasto, cudowne uliczki niczym obrazy wyjęte z filmu historycznego. Jednak, żeby to zobaczyć musisz dobrze się przyjrzeć, zamknąć oczy i wyobrazić sobie, że to nie tramwaj, a kareta zaprzęgnięta w konie. Zazwyczaj widzimy tylko samochody, stare, zniszczone kamienice i masę ludzi, których mijamy jak cienie, bezduszne istoty. Kuba Sobański dostrzega więcej, długowłose brunetki to jego cel, szuka miejsc, najlepiej ciemnych tuneli, pustych mieszkań, gdzie mógłby to zrobić, zaspokoić swoje wewnętrzne demony.
Młody, inteligenty człowiek, przystojny mężczyzna, dusza towarzystwa, to wszystko, to tylko gra, którą prowadzi ze światem, tak na prawdę jest kimś, kogo boją się wszyscy, dla przyjemności, zabija, a co gorsze jest nieuchwytny. Demony, które toczyły walkę o jego duszę już dawno wygrały, ich historię Kuba opowie nam, z pomocą swojego pamiętnika...
Recenzja:
Czasem wydaje Ci się, że jesteś panem swojego losu, możesz wszystko i dostaniesz to, czego chcesz, nawet, gdybyś musiał/a chwycić się ostatecznych środków do realizacji swoich celów. Planujesz wszystko z dokładnością, co do sekundy, Twój grafik przypomina notatki naukowca, tyle w nim spotkań, przedsięwzięć, że dla przypadkowego obserwatora to czarna magia. Dążysz do czegoś, starasz się, pracujesz, planujesz, a wystarczy jedna osoba, jedno zdarzenie, chwila i wszystko zwali się niczym domek z kart, tak łatwo i szybko.
"W ogóle nie przypuszczałem, że rodzi się we mnie prawdziwy demon. Diabeł przywłaszczył moją duszę w sposób nad wyraz subtelny."
Ta książka, to swego rodzaju pamiętnik, pamiętnik bohatera, postaci nietuzinkowej, bo złej do szpiku kości, przedstawionej w sposób, który karze nam się z nim utożsamić, a tym samym, polubić go, martwić się i trzymać kciuki, aby tylko udało mu się uniknąć kłopotów. Autor uciekł się do zabiegu dość niespotykanego, bohatera, którego sam nazywa diabłem, przedstawiał w dobrym świetle, nie unikając przy tym opisów każdego jego złego postępowania. Jesteśmy świadomi, co robi, niemal nas to odraża i przeraża, ale nadal jesteśmy po jego stronie, aż dziwnie się z tym czułam, ale spodobało mi się to. Jak łatwo autor potrafi zabawiać się kosztem czytelnika, może z nim zrobić to, co tylko chce, za pomocą odpowiedniej narracji, słów i kliku literackich zabiegów.
Kuba Sobański, to on niszczy grafiki, burzy domki z kart, a tym samym życie ludzi zamienia w pełne obrazy cierpienia. Swoje ofiary wybiera bardzo starannie i nic, co sobie zaplanowali już nie będzie miało miejsca.
"Cudowne chwile są cudowne, bo trwają krótko."
Dawno nie czytałam nic napisanego narracją pierwszoosobową, odzwyczaiłam się i trudno było się przestawić. Pierwsze, co rzuciło mi się w oczy, za dużo narracji typu przemyśleń etc., za mało dialogów. Jednak, kiedy się wbiłam w rytm powieści, fabuła wciągnęła mnie dogłębnie.
Książka wywołuje sprzeczne emocje, to duży plus, czytamy i gryziemy się z własnymi myślami.
Główny bohater jest wart uwagi, bardzo interesująca postać, człowiek, który tym jak grał przed światem, zasłużył na Oscara. Gdy udawał, był idealny i dobrze o tym wiedział, a co ważniejsze, umiał to wykorzystać.
Kuba ma wrażenie, że jest kimś więcej, jednostką wybitną, typowa cecha ludzi z zaburzeniami psychicznymi(kojarzymy z Raskolnikowem ze "Zbrodni i kary"). Z każdą kolejną stroną stawał się coraz gorszy, pewniejszy siebie, swoich racji i wyższości. Jednak w jego postępowaniu ukrywa się drugie dno, coś sprawiło, że stał się taki, jaki się stał, to go zbudowało, albo odpowiedniejsze słowo to go, zepsuło. Główny bohater powieści Bednarka zabija bezbronne kobiety, w pewnym momencie czuje, że musi, traci kontrolę nad sobą, wtedy targają nim wewnętrzne demony i jedynym wyjściem, aby je zaspokoić jest morderstwo.
A co robię ja? Gdy dowiedziałam się, że policja jest na tropie, zdałam sobie sprawę, że jestem przerażona i wcale nie chcę, żeby został złapany. Prawdopodobnie wiedziałam, że to mógłby być koniec książki, przynajmniej tak sobie to tłumaczę, żeby podnieść się na duchy(ufff, jestem normalna). Drugi powód jest taki trochę beznadziejny(w sensie, że to tak jakby nie powód), ale autor uciekł się do przedstawienia ofiar w sposób nie wzbudzający sympatii, dziewczyny gardzące innymi, wywyższające się itp. Jakkolwiek by nie było, to w końcu dochodzimy do wniosku, że Kuba Sobański to morderca, człowiek psychicznie chory, zabijający z zimną krwią, zasługujący na karę, choć na dnie naszych dobrych serduszek pozostaje nadzieja, że on się poprawi. Oj nie, wiemy, że tak nie będzie, nigdy nic, samo z siebie, nie będzie lepsze.
Wiele osób przy recenzji tej książki wspomniało o błędach, których nie zauważyło wydawnictwo, ja również się z nimi spotkałam, ale wierzę, że następnym razem, ktoś dopilnuje, aby książka została porządnie wydana. Okładka też jakoś nie przypadła mi do gustu, gdybym miała ją ocenić po wyglądzie, stwierdziłabym, że jest to powieść erotyczna niskich lotów, wszakże po wyglądzie się nie ocenia i dzięki temu książkę przeczytałam, i jestem zadowolona.
Stylowi autora nie mam nic do zarzucenia, język jest prosty, ale nie banalny, dzięki czemu czyta się szybko i nie ma wrażenia, że to jakiś chłam. A. Bednarek stosuje humor przyprawiany sarkazmem, co bardzo cenię, potrafi też zaskoczyć i wywoływać różne emocje. Wspaniały debiut, już nie mogę doczekać się jego kolejnej powieści.
"Teraz głowę zaprzątają mi ważniejsze sprawy. Ale nie tak ważne, jak
Julię. Ona obecnie żyje tym, że wciąż nie kupiła kostiumu kąpielowego,
wystarczająco przetartych dżinsów albo odpowiednio japońskich japonek."
"Pamiętnik diabła" polecam wszystkim starszym czytelnikom ze względu na kilka mocnych scen łóżkowych. Osoby o słabych nerwach niestety nie będą zadowolone, więc odradzam, nie chcę mieć na sumieniu Waszych koszmarów - szczegółowe opisy zbrodni, na prawdę potrafią zmrozić krew w żyłach. Wszystkich pozostałym, polecam.
Także, kto z Was ma ochotę na książkę, która sprawiła, że zanim wejdę w jakiś ciemny zaułek, całkiem sama, obejrzę się za siebie dwa razy, a pod ręką będę mieć gaz pieprzowy i nogi gotowe do biegu?