Pokazywanie postów oznaczonych etykietą 6/10. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą 6/10. Pokaż wszystkie posty

czwartek, 17 marca 2016

O miłości na dwa sposoby

Na zakręcie - Nicholas Sparks

 

Jego nazwisko trwale kojarzone jest z pięknymi historiami o miłości, czasem nieco infantylnej, ale przepełnionej nadzieją. Dla wielu osób jego książki będą pełne emocji, wyjątkowości, łez i radości.
Od kiedy pierwsza powieść Nicholasa Sparksa wpadła w moje ręce, a było to dobre parę lat temu, pokochałam jego pióro całym sercem. Daleko mi do bujającej w chmurach romantyczki, nie jestem rodzajem kobiety, która uwielbia komedie romantyczne, kwiaty, serduszka, a 14 luty, to najważniejszy dzień w kalendarzu. Bliżej mi do stwierdzenia, że twardo stąpam po ziemi, choć najbezpieczniej jest powiedzieć, że czasem zdarza mi się oderwać od podłoża i niczym Bambi, ten uroczy jelonek z bajek Disneya, podskakiwać ze szczęścia, marzyć o prawdziwej miłości, dziecinnymi pragnieniami, chcieć czegoś, co wprawi serce w drżenie.
Nicholas Sparks to jeden z niewielu pisarzy, który potrafi zachwycić mnie swoimi historiami o miłości. W jego książkach ludzie nie są wolni od trosk, wręcz przeciwnie, zazwyczaj to osoby, które w życiu sporo przeszły, które żeby pokochać, musiały najpierw zrozumieć wiele rzeczy. To nie są głupie opowiastki, które nakładają nam klapki na oczy, mówiące, że mamy czekać tylko na tego jedynego, bo będzie on bez wad, a kiedy go spotkamy, będziemy doskonale wiedzieć, że to on i wystarczy tylko jeden dotyk, a na naszym ciele pojawią się ciarki i niech nikt nie pomyśli, że to z zimna, to z uczucia!
Mimo, że wiele osób zarzucało naiwność książkom Sparksa, ja bronię go przed tym stwierdzeniem rękami i nogami. Bo jeśli czytamy uważnie, to dostrzeżemy różnice między niewinnym Kopciuszkiem, odważnym i pozbawionym wad księciem na białym rumaku, a bohaterami powieście Sparksa.
"Na zakręcie" to historia Milesa Ryana, który samotnie wychowuje syna. Celem jego życia jest schwytanie mordercy swojej żony. Jako policjant niemal całkowicie oddaje się swojej pracy. Do czasu, kiedy na jego drodze stanie Sara Andrews, nauczycielka Jonaha.
Godzenie się z przeszłością nigdy nie jest łatwe, a zaczynanie wszystkiego od nowa, (kto próbował ten wie), to niewyobrażalnie ogromny próg do pokonania. Kiedy przeszłość zacznie wyciągać swoje oślizgłe ręce, Miles stanie przed wyzwaniem. Przewrotność losu, czasem nie zna granic. Jak potoczą się losy bohaterów. Szczerze polecam przeczytać. Bardzo przyjemna opowieść jak przystało na Sparksa.


"- Cóż, sprawy się trochę skomplikowały. Zrozumiesz to, kiedy będziesz dorosły.
- Och. - Jonah zdawał się zastanawiać nad jego słowami. - Nie chcę być dorosły - oznajmił w końcu.
- Czemu?
- Ponieważ - rzekł z powagą - dorośli zawsze mówią, że sprawy są skomplikowane.
- Bo czasami takie bywają.
- Czy ciągle lubisz pannę Andrews?
- Tak - odpowiedział Miles. - Lubię.
- A ona ciebie?
- Chyba tak.
- To co jest takie skomplikowane?"

Moja ocena: 6/10 



Kto się śmieje ostatni - Trish Wylie

 

To jest chyba pierwszy harlequin, który w swoim dwudziestoletnim życiu, miałam okazję przeczytać. Ten gatunek odstraszał mnie trywialnością. Czytanie o miłości tylko i wyłącznie było dla mnie nieco przerażające. Oczywiście kłaniam się z szacunkiem przed Szekspirem, bo "Romeo i Julia" nie było niczym innym jak historią wyjątkowo tragicznej miłości. Z biegiem lat na potrzeby uczniów w szkołach, tak, żeby tylko się nie nudzili, wynajdywano więcej treści w treści. Tak myślałam przynajmniej do gimnazjum. Dzięki Bogu człowiek z wiekiem mądrzeje...
Na przestrzeni lat powstało wiele wyjątkowych historii o miłości. To jeden z najbardziej popularnych tematów. Zaczęło się od Adama i Ewy, mówiono też, że Odyseusz i Penelopa, to była miłość, której nie zwiodłyby najpiękniej śpiewające syreny, znamy też dobrze przykład miłości, w której traci się zdrowy rozsądek, Rose i Jacka Dawsona na Titanicu, poznaliśmy burzliwą miłość Edwarda i Belli, o której świat huczał (zestawienie światowej klasy, tak wiem).
Są historie, które uwielbiamy i kolejny raz możemy wylewać hektolitry łez, przy czasem zbyt naiwnej historii. Ja na Titanicu za każdym razem zużywam paczkę chusteczek i pomyślałoby się, że harlequiny są u mnie na porządku dziennym. Historia o miłości musi coś w sobie mieć, jakiś dramatyzm, coś co sprawi, że nie będzie to tylko wielkie Ech! i Ach! Moje serce tak łatwo się nie topi. Dlatego ta oto książeczka, która w wydaniu kieszonkowym ma zaledwie 250 stron, musiała odczekać niemal dwa lata, żebym zebrała się w końcu na odwagę i podjęła męską decyzję. Przeczytam. Szybkim ruchem, wyciągnęłam ją z biblioteczki, bez zawahania, bo decyzja już podjęta. Cofnąć się nie można. I czytam:
Córka burmistrza Nowego Jorku, Miranda, ułożona kiedy trzeba, rozpieszczona, kiedy nikt nie patrzy, całkiem inna sam na sam.  Życie w świetle kamer nie jest łatwe, to ogromna presja i czasem tylko taniec, a raczej wyginanie się w zwolnionym tempie na stole, z dużą ilością %% we krwi, jest w stanie zmniejszyć ilość substancji stresogennych w organizmie.
Kiedy zbliżają się kolejne wybory, nikt nie może dopuścić, aby Miranda, powtórzyła swój wybryk. Dostaje nowego ochroniarza, którego przypadkiem już poznała. Sytuacja staje się nieco niezręczna, tym bardziej, że jej nowa "niańka", to bardzo przystojny mężczyzna.
Lekka powieść, to pierwsze co się nasuwa, po drodze spotykamy się z wątkiem narkotykowym, gdyby tylko był bardziej rozbudowany, może pożałowałabym straconych minut, na zbieraniu się na odwagę do przeczytania tej książki.
O miłości pisano na wiele sposobów, ten fizyczny aspekt, też został omówiony niemal doszczętnie. Trish Wylie w książce "Kto się śmieje ostatni" stworzyła przewidywalną opowieść o bogatej dziewczynie, która jest zupełnie inna niż kreują ją kamery. Dość oklepany temat, ale czyta się całkiem dobrze i co najważniejsze szybko. Polecam jeśli tylko ktoś chce się odprężyć.

Moja ocena:
4/10

Wyzwania: 
- Przeczytam minimum 52 książki w 2016r. - 4/52
- Przeczytam wszystkie książki jednego wybranego autora - Nicholas Sparks - 10,5/18

niedziela, 18 października 2015

Na ratunek - Nicholas Sparks

Witam Was ponownie!

Mój powrót zapowiedziałam na kilka miesięcy temu, no cóż, życie potrafi się komplikować. Hasło przewodnie moich wakacji, to brak czasu, ale to chyba lepiej jak coś się dzieje. Mam nadzieję, że do mnie wrócicie i razem będziemy tworzyć tego bloga, ja dodając posty, a Wy, wyrażając swoją opinię. Mam też kilka pomysłów na powiększenie Waszej roli, ale o tym wkrótce. Szykuję też posta, w którym opowiem o swoich wakacjach i obiecuję dużo zdjęć. Wybaczcie tak długą nieobecność, ale tęsknię za pisaniem, mam już to chyba we krwi. Działamy dalej? :D



                                                                     ---------------------------------------------------------


 




Gatunek: obyczajowa, dramat
 Wydawnictwo: Akurat
 Ekranizacja: nie






"Ludzie przychodzą i odchodzą… pojawiają się i znikają z twojego życia prawie tak jak bohaterowie ulubionej książki. Kiedy ją w końcu zamykasz, postaci opowiedziały swoją historię i zaczynasz czytać nową książkę z całkiem nowymi bohaterami i ich perypetiami. I po jakimś czasie koncentrujesz się na nich, a nie na tych z przeszłości."

Kolejny raz w powieści Sparksa pojawia się motyw nieuleczalnej choroby. Tym razem takiej, którą ciężko zdiagnozować. Synek Denise Holton nie potrafi mówić. Samotna matka musi radzić sobie z wieloma przeciwnościami losu, któregoś dnia ulegają wypadkowi, malec gubi się w lesie. Na ratunek rusza strażak, który odegra dość znaczącą rolę w życiu tej dwójki, ale niestety w życiu nie ma happy endów, tak też tutaj, fabuła dopiero weźmie rozbieg, nie dając żadnych kart ulgowych.

Sparks ma w sobie coś, co przyciąga mnie do jego książek, wystarczy, że zobaczę to nazwisko na okładce. Nie bez powodu też, wyznaczyłam sobie cel, żeby w tym roku przeczytać wszystkie jego powieści. <idzie marnie :O>
Każda z pozycji, którą przeczytałam zawiera jakieś przesłanie, prawdę życiową, której każdy powinien być świadomy. Są piękne i napełniają nas nadzieją, na lepsze jutro, na to, że może życie nie jest tak do bani jak wydaje się nam w pochmurne, jesienne wieczory.
"Na ratunek" to nie książka, którą poleciłabym wymagającemu czytelnikowi, który oczekuje czegoś z górnej półki, bo Sparks nie celuje do prawdziwych koneserów literatury, ale do zwykłego czytelnika, który pragnie odprężyć się przy powieści, ale i wymaga, by po prostu nie zmarnować czasu.

Polecam!

Wyzwania:
- Przeczytam tyle, ile mam wzrostu + 2,2cm = 60/161
- Przeczytam minimum 52 książki w 2015r. - 24/52
- Przeczytam wszystkie książki jednego wybranego autora - Nicholas Sparks - 8,5/18

środa, 20 maja 2015

Love, Rosie - Cecelia Ahern




              

                Gatunek: obyczajowa
                I wydanie: 2004 jako Na końcu tęczy
                Ilość stron: 512
                Wydawnictwo: Akurat
                Ekranizacja: tak jako Love, Rosie




Często powtarzamy, jestem już na to za stara, gdzie ja, przecież tu są same dzieci, no co Ty, już za późno i wyobraźcie sobie, że każde z tych zdań to tylko wierutne kłamstwo. Tak właśnie tłumaczymy swoją niechęć, lęk przed ryzykiem, pośmiewiskiem, nieśmiałość, strach przed zaczynaniem na nowo. Każdy początek jest trudny, czytałam ostatnio pewien cytat, który porównywał nowe początki  do cofnięcie się z pozycji mistrza do ucznia, jakże trafne spostrzeżenie. Taki restart to dla nas zagrożenie, niesie ze sobą ryzyko, bo w końcu możemy sobie nie poradzić, na szali stawiamy wszystko co mamy, z drugiej strony jest jedna wielka niewiadoma. Podobno ryzykują tylko głupcy, ale kiedy jest dużo do wygrania, to chyba warto czasem stracić rozsądek.

Prawdziwa przyjaźń przetrwa wszystko. Prawdziwa miłość pokona największe przeszkody. Tylko skąd wiedzieć, czy uczucie, które nas łączy to właśnie to, o czym przez wieki pisali poeci. To podobno się czuje, tak powie babcia, której doświadczenie jest nie do podważenia. Jednak zawsze pozostaje ta niepewność, bo każda sytuacja jest inna, każdy człowiek to zupełnie różna osoba, a najgorsze w tym wszystkim jest to, że nie istnieją magiczne motylki w brzuchu, miłość od pierwszego wejrzenia i niewytłumaczalny dotyk, po którym wiesz, że to jest ta osoba. Filmy sprawiły, że szukamy czegoś, co nie istnieje. Miłość buduje się przez lata, tą trwałą, prawdziwą. Nie twierdzę, że nie można się zakochać w kimś po bardzo krótkim czasie, ale jest to raczej tylko zauroczenie bez fundamentów, zdarza się, że może być trwałe, ale żeby stworzyć coś prawdziwego, potrzeba czasu, wspólnych doświadczeń i przeżyć, bo to one łączą ludzi.

źródło
Rosie i Alex byli najlepszymi przyjaciółmi od pieluchy. Przeżywali wzloty i upadki. Każdy też miał chyba taki okres w życiu, kiedy w szkole, chłopcy bali się złapać za rękę dziewczynę, oczywiście z wzajemnością, już wtedy przyjaźń bohaterów została wystawiona na próbę. Po latach wkraczając w szalony okres dorastania, Alex zakochał się po raz pierwszy, przyjaźń odeszła na dalszy plan. Mimo tego dalej byli nierozłączni do czasu... Ojciec chłopaka dostał pracę na innym kontynencie, nie dotarł na bal maturalny Rosie i ten jeden dzień, odmienił zupełnie ich życia.
Czy siła przyjaźni Rosie i Alexa przezwycięży tysiące kilometrów? Czy lata rozłąki nie zmienią uczuć, którymi siebie darzą?

"Ludzie przychodzą, ludzie odchodzą. Wiemy o tym, ale za każdym razem, gdy się to zdarza, jesteśmy zaskoczeni. To jedyna rzecz w naszej egzystencji, której możemy być pewni, ale często łamie nam serce."

Książka Love, Rosie może być znana niektórym pod innym tytułem, a mianowicie Na końcu tęczy. Jest to druga powieść Cecelie Ahern, zaraz po P.S. Kocham Cię, którym zadebiutowała na szeroką skalę. Irlandzka pisarka ujęła swoich czytelników prostotą, aczkolwiek ogromną spostrzegawczością i ciepłem swoich powieści. Love, Rosie dzieli te cechy z innymi książkami autorki, ale też daje coś, co ją wyróżnia. Jest to powieść epistolarna, składająca się tylko i wyłącznie z listów, wiadomości z chatów internetowych itp. Nie jestem zwolenniczką tej formy, co też przysłużyło mi się lekkim stanem nerwicowym, tym bardziej, że nie mogłam przerwać czytania. Ta książka uzależnia, uwierzcie na słowo.

źródło
Zaryzykuję i napiszę coś szalonego, choć pewnie stwierdzicie, że po dwóch książkach autorki nie jestem jeszcze uprawniona do wygłaszania takich deklaracji, ale co tam, żyje się raz. Powieści Ahern są balsamem dla duszy czytelnika. Za każdym razem, gdy je czytałam, czułam się lepiej, a tak się złożyło, że ostatni okres był dla mnie bardzo ciężki. Ta książka w pewien sposób mi pomogła. Autorka w bardzo przyjemny sposób potrafi wlać ciepło między słowa, co napawa nas nadzieją i spokojem. Love, Rosie to idealny poprawiacz humor. Wielokrotnie mnie rozbawiła, dzięki humorowi, wyważonej ironii i bohaterkom, a zwłaszcza przyjaciółce Rosie, której wypowiedzi potrafiły wywołać u czytelnika kilkuminutowy, chroniczny śmiech.
Pełna emocji, to mało powiedziane, czytając mamy ochotę wstrząsnąć bohaterami, zamknąć książkę i uderzyć ich porządnie w głowę. Krzyczymy wewnętrznie, że są głupi i nie rozumiemy ich zachowania, chociaż wiemy, że przecież oni nie są świadomi tego wszystkiego, co my, wszechwiedzący czytelnicy. Na pochwałę zasługuje również fakt, ze bohaterowie nie są perfekcyjni, mają multum wad, ale i zalet. Mimo wszystko trudno ich nie polubić.

"Pozostawiłam więc moją cudowną, inteligentną rodzinę, zanurzyłam się w ciepłej kąpieli i zaczęłam rozważać samobójstwo przez utopienie. Potem jednak przypomniałam sobie o resztkach ciasta czekoladowego w lodówce i wynurzyłam się, nabierając powietrza w płuca. Dla niektórych rzeczy warto żyć."

Love, Rosie to książka przede wszystkim o dorastaniu. Ukazuje jak człowiek zmienia się od dziecka, aż do dojrzałej dorosłości. Przewrotność losu w naszym życiu, czasem wydaje się śmieszna, tutaj momentami nawet przesadzona, ale może i nasze życie takie jest. W każdym razie nie wiemy, czy nie mijaliśmy swojego ukochanego/ukochanej siedem razy, zanim wydawało nam się, że pierwszy raz się spotkaliśmy, czy nie usiadłeś/aś na tym samym miejscu w tramwaju, które on chwilę wcześniej opuścił. Może ktoś ogląda nas na ogromnym telewizorze i krzyczy, żebyśmy się tylko obrócili, chwilę poczekali, a my jak te osły pędzimy i nie widzimy tego co istotne.
Powieść Ahern to książka, która będzie idealna na depresyjny dzień, poprawiacz humoru i umilacz czasu w jednym. Pozwoli nam spojrzeć na życie z różnych perspektyw. Da trochę do myślenia i zmotywuje do działania, bo i na tym aspekcie Ahern skupiła się dość szczegółowo. Jeśli tylko potrzebujecie kopa do działania, ta książka, będzie dla Was idealna.

Moja ocena:
6,5/10
Wyzwania:
1. Przeczytam tyle, ile mam wzrostu
+3,8cm = 32,4/161
2. Najpierw książka, potem film

niedziela, 12 kwietnia 2015

Poczwarka - Dorota Terakowska





                Gatunek: obyczajowa, społeczna, dramat
                I wydanie: 2001
                Ilość stron: 322
                Wydawnictwo: Wydawnictwo Literackie
                Ekranizacja: nie





Poczwarka to takie małe, odrzucające stworzenie. Przejściowa forma owadów. Jednak w stosunku do małej Marysi, to przezwisko nie miało być w stu procentach trafne...
Życie Adama i Ewy to idealny plan biznes. Ułożone i zaplanowane co do najmniejszego szczegółu, a co ważne, miało niejeden plan B, ale jak to zwykle bywa, w każdym planie znajdzie się czarna dziura. Małżeństwo nie przewidziało jednego, że po 9 miesiącach zamiast upragnionego, zdrowego chłopczyka, na świat przyjdzie niewinna dziewczynka, w ciężkim stadium nieuleczalnej choroby DS, tzn. z zespołem downa.
"Życioplan" spłonął jak chatka z drewna, niemal w jednej chwili. Kiedy Ewa zdecyduje się wychować dziewczynkę, jedną decyzją przekreśli więcej niż mogłaby sobie wyobrazić...

"Każda sekunda na ziemi jest warta milionów lat pamięci"

W życiu piękne są tylko chwile*, momenty, które zapamiętujemy na zawsze. Pierwsze słowo syna, śmiech córki, pocałunek w świetle księżyca, melodię, która leciała w radiu, gdy widziałeś jak z jednym ruchem, życie uciekło Ci pomiędzy palcami. Początkowo nigdy tego nie doceniamy, ale kiedy sięgniemy pamięcią wstecz, niczym tonący człowiek, uporczywie chwytamy się tych pojedynczych deseczek ratunkowych, które tworzą nasze życie. Mówimy, ta piosenka już na zawsze będzie kojarzyć się z byłym chłopakiem, nie chodźmy tam, w tym miejscu ostatni raz widziałam się z mamą, pamiętam jej uśmiech, gdy powiedziałem jej, że mam dla niej niespodziankę, wiem że już wtedy wiedziała. Wspomnienia, które wywołują uczucie ciepła na sercu, rozdzierającą, wewnętrzną pustkę, uczucie lęku. Ich moc jest naprawdę niewiarygodna.
Adam był pewny, że w dniu, w którym dowiedział się o chorobie swojej córki, zapamiętał każdy szczegół tej chwili, to w tym momencie jego życioplan stanął w płomieniach, nie próbował go gasić, stał i patrzył jak płonie. Niczym piroman podziwiał płomienie, z taką samą chorą fascynacją. Uciekł przed odpowiedzialnością, zaszył się w najdalszym pokoju razem z książkami o DS i muzyką, która potrafiła go uspokoić i tak już zostało.

Książka znalazła się w moich rękach całkiem przypadkiem, natychmiast skojarzyłam nazwisko autorki, mimo że wcześniej nie miałam okazji przeczytać nic z jej artystycznego dobytku, zalety spędzania wolnego czasu w książkowej blogosferze ;). Zerknęłam na opis i stwierdziłam, że spróbuję, wiedząc, że to nie będzie łatwe. Czytanie o chorobach, zaburzeniach i trudnych wyborach, nigdy nie jest proste, jest trudne jak cholera, bo to właśnie wtedy szarpiemy swoimi uczuciami, nastawiamy rozleniwione mózgi na najwyższe obroty i sprawdzamy czy maszyna o nazwie: człowiek uczuciowy, przypadkiem nie potrzebuje pomocy.

"W każdym człowieku powinno być coś, o czym wie tylko on sam. Człowiek bez choćby jednej tajemnicy jest jak orzech, z którego po rozłupaniu zostaje sama skorupa. Ludzie za często dbają tylko o skorupę."

Z tej książki bije prostota, taka delikatna i przyjemna. Mimo, że tematyka jest niezwykle trudna, spoglądając na samą okładkę, wiemy, że historię Myszki, małej Marysi dostaniemy jak prezent, w niezwykle przyjazny sposób. Zdarzenia obserwujemy głównie z perspektywy chorej dziewczynki. Wszystko ukazane jest na wzór Biblii, słynnego toposu stwarzania świata. Przyznam szczerze, że cały ten pomysł początkowo nie przypadł mi do gustu. Myszka miała swój świat, którym był strych, tam spędzała większość czasu, obserwowała proces stwarzania, przenosiła się do rajskiego Edenu. Kiedy jednak cuda przeniosły się do rzeczywistości, mimo że w niewielkim stopniu, dla mnie bynajmniej było to zbyt niewiarygodne. Terakowska, fantazyjność i okrutną rzeczywistość ukazała na jednym poziomie, ciekawy zabieg, choć ja nie mogę do końca się do tego przekonać.
Bohaterowie to głównie: Adam, Ewa, Marysia i Wąż. Ojciec, który był okropny, nie mogłam go znieść i choć autorka go usprawiedliwiała, to ja prędzej uderzyłabym go, zalegającą w zlewie, patelnią, niż wybaczyła wszystkie jego winy. Ewa, niewiarygodnie silna kobieta, autorka pokazała jej wahania, wszystkie "złe" myśli dotyczące Myszki, ale niezależnie od tego, wciąż ją podziwiamy. Wąż, to jest dopiero ciekawa postać. Nie chcę Wam zdradzać zbyt wiele, ale w tym wypadku możecie być nieco zaskoczeni.

Dzięki tej książce mogłam zastanowić się nad wieloma aspektami swojego życia. Autorka poruszyła tak ważne kwestie jak Bóg, choroba, poświęcenie. Mimowolnie musimy zapytać siebie, czy ja jako kobieta lub ja jako mężczyzna, byłbym gotowy, aby przyjąć do swojego życia ciężko chore dziecko, wiedząc, że wymaga to niesłychanie dużego poświęcenia. Powiem Wam, że Terakowska nie owija w bawełnę, ukazała sceny, które potrafią tą decyzję wybić z głowy stalowym młotem i dobrze, bo jeśli ktoś jet niepewny i po jakimś czasie, zrezygnowałby, tą decyzją mógłby dziecko skrzywdzić o wiele bardziej. Czasem lepiej czegoś nie mieć, niż przywiązać się, a później to stracić. Utracone nadzieje bolą najbardziej, to one jak żyletki przedzierają nasze serce, wciąż na nowo, wraz z każdym, nieuchronnym wspomnieniem.
Nieśmiertelność, piękno niedoskonałości, ból, choroba, idealność i inność, gdzie tkwi mistyczna równowaga, która pokaże nam stan doskonały?, czy to czego ludzie tak bardzo pragną, naprawdę byłoby dla nas dobre? Tak wiele pytań i równie dużo odpowiedzi. Niezwykle mądra i wartościowa pozycja. Książka, którą powinna poznać każda kobieta jak również mężczyzna. Lepiej dmuchać na zimne i wcześniej przejrzeć na oczy, bo czasem różowe okulary, potrafią zrobić z nas bezuczuciowe maszyny.

Moja ocena:
6,5/10
 Wyzwania:
1. Przeczytam tyle, ile mam wzrostu
+1,9cm = 23,1/161

*tytuł jednego z utworów Dżemu <3

czwartek, 2 kwietnia 2015

Wilk z Wall Street - Jordan Belfort


    


           Gatunek: dramat biograficzny
       I wydanie: 2007
     Ilość stron: 512
              Wydawnictwo: Świat Książki
       Ekranizacja: tak





"Zachowujcie się tak, jakbyście byli już bogaci, wtedy na pewno dorobicie się fortuny. Niech bije z was niezachwiana pewność siebie, wtedy ludzie bez zastrzeżeń wam zaufają. Zachowujcie się tak, jakbyście mieli niezrównane doświadczenie, bo wtedy pójdą za waszą radą. Zachowujcie się tak, jakbyście mieli na koncie sto wielkich sukcesów, i sukcesy te na pewno przyjdą!"

Bogaci i dysfunkcyjni. Świat, w którym ceny nie grają roli. Alkohol, narkotyki, seks za pieniądze, to tylko część reali w jakich przyszło żyć Jordanowi Belfortowi, osławionemu wilkowi z Wall Street, człowieka, który udowodnił, że kariera od zera do milionera jest jak najbardziej możliwa.
Urodził się w 1962 roku w żydowskiej rodzinie. Już w młodości postanowił sobie, że nie będzie żył jak większość ludzi. Piął się po szczeblach kariery, a dzięki swojej charyzmie i nieprzeciętnej inteligencji został jednym z najbogatszych ludzi na świecie.
Wall Street to jedna z najbardziej znanych ulic, błyskawicznie kojarzona z Giełdą Papierów Wartościowych, największymi przekrętami w historii i pieniądzmi przelewającymi się tak płynie jak woda.
Jordan Belfort w swojej biografii przedstawił nam najciekawszy okres w jego życiu. Historię jak stał się wilkiem z Wall Street, jak zdobył piękną żonę, dwójkę dzieci, karierę i pieniądze. Człowiek dla którego zatopienie jachtu było jak zgubienie portfela, szkoda, ale przecież świat się od tego nie zawali. Trochę formalności i po sprawie.

źródło
Ludzie są jak hieny i Belfort o tym wiedział, odkrył przed nami swoje najciemniejsze postępki. Takie rzeczy się sprzedają. Tragedie, niecne grzeszki, zdrady, imprezy i prochy. To nie jest książka dla wrażliwych osób. Wilk z Wall Street to powieść nieco trywialna, wulgarna i bardzo sarkastyczna. Potrafi odrzucić, oburzyć i zniesmaczyć. Mimo używania najróżniejszych przekleństw, co dziwne mi to tak bardzo nie przeszkadzało, za to "słowotwórstwo" pana Belforta potrafiło mnie zaskoczyć i zdecydowanie nie było to pozytywne zjawisko. Na wszystkie niepokojąco oryginalne przezwiska przymykam oko, ale ten język brokerski, którym ponoć porozumiewali się maklerzy był czasem jakby przesadzony, jeśli rzeczywiście tak to wygląda, to ze skruchą i podkulonym ogonem, zwracam honor.
Sposób narracji jest prosty w odbiorze, czyta się błyskawicznie, co jest ogromnym plusem, bo liczba 500 stron, w czasie gorączki przedświątecznej, to nie małe wyzwanie. Język jest prosty i jak już wspominałam, nieco wulgarny, ale dla twardego czytelnika, którym z biegiem lat chyba się stałam, to żadna przeszkoda. Przyznam się bez bicia i poczucia utraty kobiecej przyzwoitości, że niektóre niezbyt etyczne fragmenty nieźle mnie rozbawiły. Kolejny plus dla pana Belforta, zdaje się że jego talenty są niezliczone, bo wywołać uśmiech u czytelnika potrafi z łatwością.
Wciągająca fabuła, choć dużo fragmentów typowo komercyjnych, ale takie życie miał w garści Jordan Belfort. Fakt, że ta książka to autobiografia, tylko podsyca naszą ciekawość i wywołuj emocjonalne podniecenie.

"Bo przeklinał naprawdę pięknie, jak wkurwiony Szekspir."

Wady, wady, wady! Pierwszy i najbardziej rażący problem, to sposób w jaki autor ukazał swoje życie. Książka jest napisana z dużym poczuciem humoru, ironia wręcz z niej kapie, ale niestety podczas czytania nie odnosimy wrażenia, że Jordan Belfort żałuje tego, co robił. Zdradzał swoją żonę, przychodził do domu nawet nie tropem węża(jeśli jest tu geniusz a'la mój kolega, który chciałby się do tego przyczepić, to tak wiem, wąż tak na prawdę pełznie cały czas prosto, tylko sprawia mylne wrażenie) a na czterech łapach, ale przecież on zapewnił jej życie przez duże Ż. Momentami ma się wrażenie, że dysfunkcyjny styl życia, który prowadził jest przecież znakomity, nie ma w tym nic złego, bo można to usprawiedliwić wieloma innymi rzeczami.
Pustka, brak. Chciałam historii jak wilk z Wall Street stał się drapieżnikiem, jak piął się po stopniach kariery i osiągnął sukces. Dostałam tego mały urywek, a w zamian historię jak tracił grunt pod nogami, nie powiem było ciekawie, było zabawnie i nie żałuje żadnej chwili spędzonej z tą książką, ale jednak zabrakło mi tego jednego momentu.

Jeśli jednak z właściwej perspektywy spojrzymy na książkę, to w bardzo ciekawy sposób możemy spędzić kilka godzin przeznaczonych na czytanie. Kto z nas nie chciałby poczuć się jak milioner, który z imprezy wraca własnym samolotem, chodzi do sklepów, gdzie na metkach nie ma cen, bo przecież są one nieistotne, ma własny jacht i wrażenie, ze nie obowiązują go żadne prawa, bo jeśli nawet coś by nie wyszło, to dobry prawnik załatwi sprawę. Życie przez duże Ż rzeczywiście może być znakomite, jednak łatwo wtedy stracić nad nim kontrole, kiedy mamy bezpośredni dostęp do wszystkiego, możemy zapomnieć, że na niektóre rzeczy sami powinniśmy sobie założyć blokadę.
Włączamy odpowiednie wyczucie sarkazmu, przycisk poczucia humoru i odpowiedni dystans. Zakładamy garnitur i zapinamy pasy, kierunek Wall Street, Nowy Jork. Zabawa się rozpoczyna.

Moja ocena:
6,5/10
Wyzwania:
1. Przeczytam tyle, ile mam wzrostu
+4,3cm = 21,2/161
2. Najpierw książka, potem film
 

wtorek, 3 marca 2015

I wciąż ją kocham - Nicholas Sparks






                Gatunek: obyczajowa, dramat
                I wydanie: 2006
                Ilość stron: 351
                Wydawnictwo: Albatros
                Ekranizacja: tak




Każda książka Nicholasa Sparksa zachwyca mnie czymś niezwykłym. Za każdym razem odkrywam coś nowego, co w jakiś sposób łączy się z moim życiem, co otwiera moje oczy na może najbardziej banalne rzeczy, ale o bardzo istotnym znaczeniu, którego zazwyczaj nie dostrzegamy.

John Tyree to chłopak o burzliwej przeszłości, jednak na przestrzeni lat bardzo się zmienił, wydoroślał, docenił swojego ojca, mimo że nadal nie potrafił go zrozumieć, patrzył na niego z podziwem. Zaciągnął się do wojska, ten impuls, był jakby początkiem łańcucha przyczynowo-skutkowego.
Pewnego lata, na jednej z przepustek, poznaje uroczą dziewczynę o imieniu Savannah. To ona sprawia, że jego życie nabiera kolorów, a co ważniejsze celów, do których chce dążyć. Dzięki niej nareszcie potrafi zrozumieć swojego ojca i pogodzić się z losem jaki mu został przydzielony. Zakochują się w sobie i mimo, ze znają się zaledwie dwa tygodnie, postanawiają, że kiedyś się pobiorą. Dziewczyna obiecuje czekać na Johna, aż ten wróci z wojska.

Miłość, Bóg, choroba, to trzy główne składowe powieści Sparksa. Jego książki to nie tkliwe romansidła, ale co zawsze powtarzam, piękne historie pełne goryczy i radości. Połączenie tak niezwykłe, a zarazem tak banalne, bo idealnie odzwierciedlające prawdziwe życie. Moja Mama zawsze powtarzała; po deszczu zawsze wychodzi tęcza, wystarczy tylko ten jeden promyk nadziei. Promienie, które zawalczą o to, aby było lepiej. Żyjąc na codzień non stop doświadczamy wzlotów i upadków. Czasem jest słodko jak w romansidłach, innym razem jak w prawdziwym dramacie, nie mamy siły żyć dłużej.

"Jeśli z czymś się borykasz, rozejrzyj się dookoła, a zobaczysz, że wszyscy ludzie z czymś się borykają i że dla nich jest to równie trudne, jak dla ciebie."

Czasem zastanawiam się jaką historię miałby do opowiedzenia każdy z nas, gdyby tylko nie istniały bariery takie jak brak zaufania, tajemniczość, nieśmiałość, gdyby ludzie się otworzyli i zaczęli mówić. Wyobrażam sobie, że wiele z tych opowieści byłoby podobne do książek Nicholasa Sparksa. Gdyby nasze życie wyszło z pod pióra tego autora zapewne sąsiadka z na przeciwka, pani Stefania, starsza kobieta, ta która nigdy nie wychodzi z domu bez wyblakłego melonika, mimo że ewidentnie wygląda on jak model męski, usiadłaby w kawiarni razem z Tobą. Popijając herbatę, zaczęłaby opowiadać o swoich długich jasnych pasmach włosów, które pięknie dryfowały na wietrze wiele lat temu i że to określenie wymyślił, kiedyś Zygmunt, mężczyzna, którego pokochała. Opowiedziałaby zabawną historię, jak go poznała, jak czasem było ciężko i o tym jak na kolanach dziękowała Bogu za to, że jej życie ułożyło się właśnie w ten sposób. Łzy zmiennie z uśmiechem, dokładnie tak jak w jego książkach.

źródło
Sparks dosyć często stosuje dość specyficzny zabieg, jednego z bohaterów przenosi w przeszłość, aby to on sam, dokładnie tak jak pani Stefania, przy filiżance herbaty, mógł nam opowiedzieć swoją historię. Razem z bohaterem cofamy się w czasie. Jego książki są jak wehikuł czasu, jedyny działający, o tak silnym polu rażenia. Wystarczy tylko trochę wyobraźni i skupienia. Autor załatwia resztę. Odmalował on realną rzeczywistość, bohaterów, którzy są tak ludzcy jak to tylko możliwe. Poznajemy ich z każdej strony, dostrzegamy ich najbardziej egoistyczne pobudki, oni są wielowarstwowi, popełniają błędy, uczą się, dorośleją.

John Tyree jak pani Stefania opowiedział historię, która może wzruszyć, rozbawić, wywołać uśmiech. Jak dla mnie, była to niestety jedna ze słabszych książek Sparksa, ale niech Was to nie zwodzi, ona zaskakuje i jest warta przeczytania. Tym razem ciągłe opisy uczuć wydały mi się męczące, mało się działo, co zastąpione było myślami bohatera. To po czasie stało się nużące, ale nie można zaprzeczyć, że książka nie zachowała sparksowskiego klimatu. Długie minuty po zakończeniu powieści, wpatrywałam się w szybę autobusu, myśląc nad treścią, nad tymi pięknymi słowami, które zostały w niej zawarte. I mimo, że zakończenie ma wielu "przeciwników", ja podziwiam autora za taki ruch, jak dla mnie jest idealnie. Kolejny powód, dla którego uwielbiam Sparksa.

"Byłem świadom, że przypadkowy przechodzień widział płaczącego mężczyznę, któremu łzy płynęły strumieniem, jak gdyby nigdy miały nie przestać."

Kiedy jednak słońce już zachodzi pani Stefania zakłada z powrotem melonik i mówi, że musi już wracać. Patrząc na nią, dostrzegasz speszony wyraz twarzy, zapewne ją też zaskoczyła ta wylewność. Znów jest sobą i ponownie się zamyka, niczym ostatnia kartka, którą musisz obrócić, skrywając dziesiątki, a może setki tajemnic, które już na zawsze będą Ci obce, ale Ty już wiesz, że w jej życiu wydarzyło się o wiele więcej niż to, co widzisz na co dzień. Wiesz, że ten melonik to pamiątka po mężu, który odebrał sobie życie, zostawił ją, ale ona nadal go kocha. Niczym w książkach Sparksa, historia tak smutna, a zarazem piękna.

Moja ocena:
6/10
Wyzwania:
1. Przeczytam tyle, ile mam wzrostu
+2cm = 10,5/161
2. Najpierw książka, potem film
 Film obejrzany po raz drugi i równie piękny, polecam! Piosenkę męczę od tygodnia <3

poniedziałek, 17 listopada 2014

Chłopiec z listy Schindlera - Leon Leyson








     Tytuł oryginału: The Boy on the Wooden Box
     Gatunek: powieść historyczna, autobiograficzna, pamiętnik, lit. faktu
     I wydanie: 2013
     Ilość stron: 256
     Ekranizacja: nie









Słowo wojna jest jak zgrzyt żelaza po szkle. Nieprzyjemne, wprowadzające w dreszcze, przerażające. Pozostało tak niewiele osób, które potrafią odkryć przed nami karty swoich wspomnień z okresu II wojny światowej. Świat powoli zapomina, przestaje się bać, ryzykuje. Potrzebni są nam naoczni świadkowie, którzy przestrzegą, potrzebne są nam świadectwa okrucieństw tamtych lat. Ludzie muszą być świadomi.

"Wydawało mi się, że niemal szybuję ponad ulicą. Przez tych kilka sekund nie byłem więźniem getta, zamkniętym za wysokim murem, ale dwunastoletnim chłopcem, takim jak inni, przeżywającym mieszaninę ekscytacji i strachu. Nawet nieunikniony marny koniec tej eskapady - gdy wpadłem na krawężnik i znów się przewróciłem, rozcinając sobie czoło - nie odebrał mi ducha i entuzjazmu."

"Chłopiec z listy Schindlera" to powieść autobiograficzna. Leon Leyson, naoczny świadek drugiej wojny światowej, Holokaustu, to jedna z osób wpisanych na listę, która uratowała życie wielu Żydom, dzięki ryzyku jakie podjął człowiek, Niemiec z krwi i kości, nazista...
Autor w tej oto ksi
ążce podzielił się z nami wspomnieniami z okresu, który chyba każdy chciałby wymazać z kart historii. Leon jako 10-letni chłopiec, musiał porzucić szkołę, przyjaciół, którzy się go w końcu wyparli i przenieść się do krakowskiego getta. Skazany na nieludzkie warunki, każdego dnia walcząc o przeżycie, starając się być niewidzialnym, grzebiąc po śmietnikach, trzęsąc się ze strachu, że za moment ktoś wpadnie, do mieszkania i rozstrzela jego rodzinę.
Leon Leyson opowiada jak spryt i przebiegłość pewnego człowieka sprawiły, że wywinął się śmierci. Oskar Schindler wpisując ich na listę pracowników swojej fabryki, uratował życie nie tylko głównemu bohaterowi, ale wielu innym ludziom. Lista ta zapisała się w kartach historii jako Lista Schindlera, niesamowite świadectwo empatii i miłości do drugiego człowieka, w czasach kiedy zabijano dla rozrywki.

""To jaki wynik dzisiaj mamy? - pytał ktoś. - Żydzi: dwanaście, naziści: zero". Po stronie nazistów straty zawsze były zerowe."

Historia, po której spodziewałam się łez, silnych emocji. Autor jednak opowiada nam wszystko w sposób niezwykle spokojny, nie wykorzystuje zabiegów literackich, które wycisną z nas łzy. Długie lata sprawiły, że L. Leyson pogodził się z utratą bliskich, na co wskazuje sposób w jaki o tym mówi, jednak jest coś, o czym nie jest w stanie zapomnieć, wybaczyć sobie, ta bezsilność, to uczucie, że kiedy zabierano mu to co kochał, nie był w stanie nic zrobić. To wzrusza i nie potrzeba specjalnych słów.

Takie książki trudno ocenić. Tematyka, której poruszają jest bardzo ciężka, nie można tu mówić o interesującej fabule. To historia napisana przez życie, przez jej najciemniejsze oblicze, które przeraża i wydaje się niemożliwe, a jednak, to wszystko się wydarzyło.
 
Lista Schindlera
"Chłopiec z listy Schindlera" to książka, w której przedstawiono wojnę w sposób przystępny dla wrażliwego czytelnika, jeśli w ogóle tak to można nazwać, bo czy wspominanie o masowych mordach w komorach gazowych jest czymś łagodnym? Jednakże to tylko wtrącenia, autor nie rozwodzi się nad opisami sposobów gnębienia, karania, tylko ukradkiem o nich wspomina. Nie ma tutaj okrucieństwa, a jedynie lekki zarys, tego do czego zdolni byli naziści.

"Utrata choćby mizernego promyka nadziei jest gorsza od całkowitego jej braku."

Książkę czytało się bardzo szybko, z ogromnym zainteresowaniem chłonęłam kolejne strony, mimo że nie do końca odpowiadał mi ogólnikowy sposób w jaki zostało opowiedziana historia chłopca z listy Schindlera.
Życie Leona możemy poznać z trzech perspektyw, z przed wojny, części główne i najdłuższej, czyli w trakcie oraz po wojnie, aż do samej śmierci. Jednakże ja odniosłam wrażenie jakby ktoś przypadkiem spotkany chciał opowiedzieć mi w skrócie niezwykle interesującą historię. Moja ciekawość została rozbudzona, ale nie zaspokojona. Zabrakło mi szczegółów, dłuższych opisów niektórych wydarzeń. Czasem wymieniane były one jak lista zadań na jutrzejsze popołudnie.

Każdy z tej wojny wyniósł inne rany. Ludzie cierpieli na swój sposób, tracili bliskich, wiarę w siebie, nadzieję. Zostali pozbawieni godności, poniżani, traktowani gorzej niż zwierzęta.
Tą książkę polecam szczególnie wrażliwym czytelnikom, którzy chcą spojrzeć na literackie oblicze wojny, ale jednocześnie nie są w stanie czytać długich opisów nieludzkiego traktowania, nie zostały one całkowicie pominięte, jednak nie są tak bardzo drastyczne. Pozycja obowiązkowa dla osób interesujących się historią, posunę się także do stwierdzenia, że dla każdego człowieka, nie tylko Polaka, bo nas ta historia dotyczy w szczególności, w końcu to wszystko działo się tutaj, na ziemi, na której mieszkamy, dotknęło naszych przodków i pozostawiło trwały, bolesny ślad w naszej historii. Pamiętajmy o tych, którzy najbardziej ucierpieli, ale także o tych, którzy ryzykowali swoje życie i dawali nadzieję. Oskar Schindler, człowiek, który bezsprzecznie zasłużył na miano bohatera.

Moja ocena:
6,5/10 
 Wyzwania:
1. Przeczytam tyle, ile mam wzrostu
+2,4cm = 111,2/160