czwartek, 17 marca 2016

O miłości na dwa sposoby

Na zakręcie - Nicholas Sparks

 

Jego nazwisko trwale kojarzone jest z pięknymi historiami o miłości, czasem nieco infantylnej, ale przepełnionej nadzieją. Dla wielu osób jego książki będą pełne emocji, wyjątkowości, łez i radości.
Od kiedy pierwsza powieść Nicholasa Sparksa wpadła w moje ręce, a było to dobre parę lat temu, pokochałam jego pióro całym sercem. Daleko mi do bujającej w chmurach romantyczki, nie jestem rodzajem kobiety, która uwielbia komedie romantyczne, kwiaty, serduszka, a 14 luty, to najważniejszy dzień w kalendarzu. Bliżej mi do stwierdzenia, że twardo stąpam po ziemi, choć najbezpieczniej jest powiedzieć, że czasem zdarza mi się oderwać od podłoża i niczym Bambi, ten uroczy jelonek z bajek Disneya, podskakiwać ze szczęścia, marzyć o prawdziwej miłości, dziecinnymi pragnieniami, chcieć czegoś, co wprawi serce w drżenie.
Nicholas Sparks to jeden z niewielu pisarzy, który potrafi zachwycić mnie swoimi historiami o miłości. W jego książkach ludzie nie są wolni od trosk, wręcz przeciwnie, zazwyczaj to osoby, które w życiu sporo przeszły, które żeby pokochać, musiały najpierw zrozumieć wiele rzeczy. To nie są głupie opowiastki, które nakładają nam klapki na oczy, mówiące, że mamy czekać tylko na tego jedynego, bo będzie on bez wad, a kiedy go spotkamy, będziemy doskonale wiedzieć, że to on i wystarczy tylko jeden dotyk, a na naszym ciele pojawią się ciarki i niech nikt nie pomyśli, że to z zimna, to z uczucia!
Mimo, że wiele osób zarzucało naiwność książkom Sparksa, ja bronię go przed tym stwierdzeniem rękami i nogami. Bo jeśli czytamy uważnie, to dostrzeżemy różnice między niewinnym Kopciuszkiem, odważnym i pozbawionym wad księciem na białym rumaku, a bohaterami powieście Sparksa.
"Na zakręcie" to historia Milesa Ryana, który samotnie wychowuje syna. Celem jego życia jest schwytanie mordercy swojej żony. Jako policjant niemal całkowicie oddaje się swojej pracy. Do czasu, kiedy na jego drodze stanie Sara Andrews, nauczycielka Jonaha.
Godzenie się z przeszłością nigdy nie jest łatwe, a zaczynanie wszystkiego od nowa, (kto próbował ten wie), to niewyobrażalnie ogromny próg do pokonania. Kiedy przeszłość zacznie wyciągać swoje oślizgłe ręce, Miles stanie przed wyzwaniem. Przewrotność losu, czasem nie zna granic. Jak potoczą się losy bohaterów. Szczerze polecam przeczytać. Bardzo przyjemna opowieść jak przystało na Sparksa.


"- Cóż, sprawy się trochę skomplikowały. Zrozumiesz to, kiedy będziesz dorosły.
- Och. - Jonah zdawał się zastanawiać nad jego słowami. - Nie chcę być dorosły - oznajmił w końcu.
- Czemu?
- Ponieważ - rzekł z powagą - dorośli zawsze mówią, że sprawy są skomplikowane.
- Bo czasami takie bywają.
- Czy ciągle lubisz pannę Andrews?
- Tak - odpowiedział Miles. - Lubię.
- A ona ciebie?
- Chyba tak.
- To co jest takie skomplikowane?"

Moja ocena: 6/10 



Kto się śmieje ostatni - Trish Wylie

 

To jest chyba pierwszy harlequin, który w swoim dwudziestoletnim życiu, miałam okazję przeczytać. Ten gatunek odstraszał mnie trywialnością. Czytanie o miłości tylko i wyłącznie było dla mnie nieco przerażające. Oczywiście kłaniam się z szacunkiem przed Szekspirem, bo "Romeo i Julia" nie było niczym innym jak historią wyjątkowo tragicznej miłości. Z biegiem lat na potrzeby uczniów w szkołach, tak, żeby tylko się nie nudzili, wynajdywano więcej treści w treści. Tak myślałam przynajmniej do gimnazjum. Dzięki Bogu człowiek z wiekiem mądrzeje...
Na przestrzeni lat powstało wiele wyjątkowych historii o miłości. To jeden z najbardziej popularnych tematów. Zaczęło się od Adama i Ewy, mówiono też, że Odyseusz i Penelopa, to była miłość, której nie zwiodłyby najpiękniej śpiewające syreny, znamy też dobrze przykład miłości, w której traci się zdrowy rozsądek, Rose i Jacka Dawsona na Titanicu, poznaliśmy burzliwą miłość Edwarda i Belli, o której świat huczał (zestawienie światowej klasy, tak wiem).
Są historie, które uwielbiamy i kolejny raz możemy wylewać hektolitry łez, przy czasem zbyt naiwnej historii. Ja na Titanicu za każdym razem zużywam paczkę chusteczek i pomyślałoby się, że harlequiny są u mnie na porządku dziennym. Historia o miłości musi coś w sobie mieć, jakiś dramatyzm, coś co sprawi, że nie będzie to tylko wielkie Ech! i Ach! Moje serce tak łatwo się nie topi. Dlatego ta oto książeczka, która w wydaniu kieszonkowym ma zaledwie 250 stron, musiała odczekać niemal dwa lata, żebym zebrała się w końcu na odwagę i podjęła męską decyzję. Przeczytam. Szybkim ruchem, wyciągnęłam ją z biblioteczki, bez zawahania, bo decyzja już podjęta. Cofnąć się nie można. I czytam:
Córka burmistrza Nowego Jorku, Miranda, ułożona kiedy trzeba, rozpieszczona, kiedy nikt nie patrzy, całkiem inna sam na sam.  Życie w świetle kamer nie jest łatwe, to ogromna presja i czasem tylko taniec, a raczej wyginanie się w zwolnionym tempie na stole, z dużą ilością %% we krwi, jest w stanie zmniejszyć ilość substancji stresogennych w organizmie.
Kiedy zbliżają się kolejne wybory, nikt nie może dopuścić, aby Miranda, powtórzyła swój wybryk. Dostaje nowego ochroniarza, którego przypadkiem już poznała. Sytuacja staje się nieco niezręczna, tym bardziej, że jej nowa "niańka", to bardzo przystojny mężczyzna.
Lekka powieść, to pierwsze co się nasuwa, po drodze spotykamy się z wątkiem narkotykowym, gdyby tylko był bardziej rozbudowany, może pożałowałabym straconych minut, na zbieraniu się na odwagę do przeczytania tej książki.
O miłości pisano na wiele sposobów, ten fizyczny aspekt, też został omówiony niemal doszczętnie. Trish Wylie w książce "Kto się śmieje ostatni" stworzyła przewidywalną opowieść o bogatej dziewczynie, która jest zupełnie inna niż kreują ją kamery. Dość oklepany temat, ale czyta się całkiem dobrze i co najważniejsze szybko. Polecam jeśli tylko ktoś chce się odprężyć.

Moja ocena:
4/10

Wyzwania: 
- Przeczytam minimum 52 książki w 2016r. - 4/52
- Przeczytam wszystkie książki jednego wybranego autora - Nicholas Sparks - 10,5/18

środa, 9 marca 2016

Harry Potter i Książę Półkrwi z wizytą w Dziórawym Kotle

Przepowiednia wisi nad Harrym jak topór kata. Wszyscy wiedzą, że dla młodego czarodzieja jest ona jednoznaczna z wyrokiem śmierci. Jednak Potter naznaczony mianem Wybrańca, nie poddaje się, wierzy, że w końcu uda mu się zemścić na Voldemorcie, a tym samym pokonać największego czarodzieja czarnej magii.
W Hogwarcie wzmocniono straż, nałożono nowe zaklęcia, których nie da się tak łatwo zdjąć. Wydaje się, że jest to jedno z najbezpieczniejszych miejsc...

Mam 20 lat, a czytając Harrego śmieje się jak dziecko w podstawówce. Czy to nie wspaniałe, że książki, które wstępnie przeznaczone były dla dzieci, potrafią oczarować nawet dorosłego czytelnika. Moja mama po raz n-ty ogląda ze mną z zapartym tchem losy tego młodego czarodzieja, zatracając się po uszy w świecie magii.

To opowieść o przyjaźni, miłości, o wartościach tak wielkich, a przedstawionych na tak prostych przykładach. Każdy chyba marzył o miłości, która zaczęłaby się od wieloletniej znajomości podsyconej uczuciem, Ron i Hermiona, o prawdziwej przyjaźni, której idealnym przykładem jest ta rozsławiona już trójka bohaterów. Jednakże Harry Potter pokazuje o wiele więcej, można tu się doszukiwać najróżniejszych wartości, a znajdzie się na nią przykłady, wierność na dobre i na złe, bezinteresowność.
źródło
Książki o Harrym Potterze to wielopłaszczyznowe powieści dla każdego. Jednak w zależności od wieku, znajduje się w nich całkiem inne, nowe spostrzeżenia. Do tych książek można wracać, kiedy tylko się chce. Nie będę się rozpisywać, bo wiem, że każdy z Was już milion razy słyszał to imię i nazwisko i wie, że ta powieść stała się dla niezliczonej ilości czytelników klasyką. Wielu z Was zapewne wychowało się na książkach pani Rowling, dlatego też właśnie w tym momencie przejdę na inny temat, który założę się(o sernik, domyślicie się gdzie), że wywoła uśmiech na Waszych twarzach.



Ostrzeżenie dla mugoli, dalsza część postu może Was przerazić, to miejsce nie jest dla Was! 


Dziórawy Kocioł


Wyjątkowa wiadomość dla tych, którzy wciąż czekają na list z Hogwartu. W międzyczasie możecie wybrać się do Krakowa i poczuć odrobinę magii. Znaleźć się wśród swoich przyszłych kolegów z Gryffindoru, Hufflepuff, Ravenclaw, a może Slytherinu.
źródło
Na ulicy Grodzkiej, odbiegającej od rynku, otworzono Dziórawy Kocioł, ściśle nawiązujący do pubu w Londynie, utworzonego na wzór miejsca, w którym Harry z przyjaciółmi spędzali swój wolny czas. Słynącego z kremowego piwa, które możecie skosztować również w Krakowie.

Zacznijmy jednak od początku.
Pierwsze wrażenie, przyznam szczerze, trochę rozczarowujące, szukam nad wejściem wielkiego napisu "Dziórawy Kocioł", a zastałam tylko miotłę w drzwiach, której daleko do Nimbusa 2000. Nawet nie odważyłabym się jej porównać do Spadającej Gwiazdy (pierwotna miotła Rona). Wchodzimy jednak dalej i za kratami widzimy drugie wejście, tym razem już oznakowane, schodzimy do podziemi, a tam intensywny zapach świeczek, którym próbowana zamaskować nieprzyjemny zapach. Urok podziemi, potrafię wybaczyć, a nawet załatwię ozonator, byle przy następnej wizycie już go tam nie było.

Lada wygląda całkiem ok, dużo książek, wszystko urządzone na dość prosto-drewniany styl. Po kątach miotły, dużo lampionów ze świeczkami, lampki na suficie, kominek-cudo i sofy z odzysku, ale za to jak wygodnie. Klimat jest, choć widać, że wystrój po kosztach. Jednak mi on jakoś szczególnie nie przeszkadzał, właściciele ruszają i wierzę, że z czasem będzie tylko lepiej. Jednak co mnie bardzo, ale to bardzo raziło. W pierwszej sali, na ścianie, zdjęcie pociągu i nazwa peronu: 8 i 3/4, naprawdę? Aż mnie serce zakuło....


Przechodząc do menu, sporo osób na nie narzeka. No cóż, mogło być więcej zwariowanych nazw, ale moje serducho i tak skradł Prawie Bezgłowy Sir Nick, a że serniki kocham miłością ogromną, tamten podbił moje serce, nazwą, smakiem i wyglądem. No cudo! Polecam szczerze.
Oczywiście nie mogło obyć się bez spróbowania kremowego piwa. Zamówiłyśmy i dostałyśmy w trzech kuflach a'la słoiki. Bardzo dobrze się prezentowały, a co ze smakiem... W tym wypadku jest mi bardzo smutno, bo nawet nie wypiłam do końca, choć bardzo chciałam. Sądzę, że jest to jednak wina moich preferencji, nie przepadam za słodkimi napojami, a mieszanka mleka skondensowanego z karmelem i intensywnym cynamonem, zabiła moje kubki smakowe. To zdecydowanie nie dla mnie, ale znam osoby, którym ta 'mikstura' odpowiada, nawet bardzo. A i karmelowe piwo jest bezalkoholowe, żeby żaden fan/fanka %% się nie rozczarował/a.

W pubie jest oczywiście o wiele więcej do spróbowania, sok z dyni, Patolus Maximus, kanapki różnego rodzaju, kawy, można też załapać się na darmowe ciastko z wróżbą, jeśli wpadnie się gdzieś na promotora. Nam niestety się nie udało :(
Jest też możliwość wypożyczenia różnych gier, co tylko zachęca do odwiedzania tego miejsca z przyjaciółmi. Zabawna jest też możliwość przeniesienia się do Ministerstwa Magii, wszystko fajnie, gdyby napis na drzwiach TOALETY (:D), nie był sporządzony na zwykłej kartce z zeszytu... Ale pomysł dobry, czekam na poprawkę.


Dziórawy Kocioł to bardzo interesujące miejsce na mapie Krakowa. Warto je zobaczyć choćby dlatego, by poczuć się jak uczniowie Hogwartu w przerwie między transmutacją a eliksirami. Trzeba psychicznie przygotować się na spotkanie ze Snapem. Mimo kilku wad, szczerze polecam to miejsce i życzę
powodzenia właścicielom, a w imieniu płaskich portfeli studentów, proszę o wyrozumiałość cenową ;)

Kończąc swoje wywody, chciałam Was bardzo serdecznie zaprosić na stronkę "Droga do siebie", gdzie znajdziecie artykuł na temat piwa bezalkoholowego. Ja po przeczytaniu byłam w lekkim szoku, rzecz jasna pozytywnym.
Link do artykułu tutaj: klik


Wyzwania: Przeczytam minimum 52 książki w 2016r. - 2/52

piątek, 26 lutego 2016

Schmitt & Lee

Już koniec lutego, a ja dopiero dzisiaj wstawiam posta z książkami. Wstyd i hańba, ale jak to mówią, lepiej późno niż wcale. :D
PS. W najbliższym czasie obiecuję głównie recenzje :*




 "Nigdy nie kocha się za wiele, gdy kocha się naprawdę. Nadużycie jest wówczas wskazane."

 O tym autorze po raz pierwszy usłyszałam kilka lat temu, ale wcześniej nie miałam okazji poznać żadnej z jego książek. Dopiero jakoś przed weekendem, całkiem przypadkiem, wpadły mi w ręce "Intrygantki". Stwierdziłam, że w końcu trzeba sprawdzić pana Schmitta, w książkowej blogosferze aż o nim szumi, a rzadko tutaj się zdarza, żeby popularni autorzy byli wynoszeni na piedestał bezpodstawnie. Eric Emmanuel Schmitt to jeden z ulubionych autorów wielu blogerek/blogerów, których obserwuję, aż wstyd, że dopiero teraz się za niego zabieram.
Ku mojemu ogromnemu zaskoczeniu, powieść, której się spodziewałam okazała się dramatem, a właściwie czterema utworami tego gatunku.
Ostatni raz z dramatem miałam do czynienia w liceum, jednak większość spotkań przeżyłam z przyjemnością, dlatego też Schmitt wzbudził we mnie jeszcze większą ciekawość.
Pierwszy z dramatów to historia kilku kobiet, które pałają chęcią zemsty do Don Juana. Przyczyny mnie trudno się domyślić. To właśnie on łamał najbardziej oporne kobiece serca.
Kolejny dramat, zatytułowany "Gość" niezmiernie mnie zaskoczył. Głównym bohaterem tego utworu był Freud, znany psychiatra oraz Nieznajomy, czyli tytułowy gość, podający się za Boga.
"Knebel" to monolog, który podobał m się najmniej z tych czterech utworów i "Szatańska filozofia" z pozytywnie zaskakującym zakończeniem.
Ogólnie ten zbiorek dramatów, jeśli można tak to nazwać, oceniam bardzo dobrze. Nie znam innych dzieł autora, ale zostałam wystarczająco zachęcona, aby poszerzyć swoją biblioteczkę o kilka jego dzieł.

Moja ocena:
7/10



 "Robili to już wcześniej, zrobili dziś i zrobią ponownie. I wydaje się, ze kiedy to robią, tylko dzieci płaczą."

"Zabić drozda" zdążyłam jeszcze przeczytać za życia tej wspaniałej pisarki, która jak zapewne wiecie zmarła 18 lutego tego roku. Przykra wiadomość zwłaszcza dla fanów autorki, bo choć przez długi czas Harper Lee cieszyła się tylko jedną powieścią(za to jaką), to zgromadziła ogromną ilość wielbicieli jej pióra. Na sam koniec wręczyła nam jednak prezent, bo jeszcze w listopadzie 2015 roku, ukazała się druga jej książka, pt. "Idź, postaw wartownika", kontynuacja części pierwszej. Uwielbiam tytuły jej książek, są takie niebanalne <3
"Zabić drozda" to książka poruszająca problem rasizmu. Jest on jednak ukazany w wyjątkowo nienachalny sposób, acz posunęłabym się do stwierdzenia, że można książkę czytać dla przyjemności, nie zwracając uwagi na ten problem, albo w drugi i oczywiście ten właściwszy sposób, niewykluczający przyjemności, zachwycając się jak autorka oczami dziecka, potrafiła poruszyć temat rasizmu. Ukazać go, wplatając między wydarzenia i tworząc z niego temat dowodzący. Historia córki Atticusa Fincha, adwokata, który objął sprawę młodego Murzyna, oskarżonego o zgwałcenie białej dziewczyny przejmuje czytelnika, przenosi do lat 30. XX w. i nie wypuszcza aż do ostatnich stron powieści.
Niesamowita ilość wątków pobocznych, równie ciekawych co intrygujących. Wielopłaszczyznowi i ludzcy bohaterowie. Bardzo rzadko mamy do czynienia z postaciami tak dobrze przedstawionymi, z książkami, które nie są banalne, albo zbyt natarczywe, które potrafią poruszyć trudny temat, ale nie zrobić z niego natarczywej napaści uświadamiającej. To powieść piękna i otwierająca oczy. Chylę czoła i bez wątpliwości dodaję "Zabić drozda" do zbiorku moich ulubionych książek.
Dziękuję pani Lee.

Moja ocena:
10/10

Wyzwania: Przeczytam minimum 52 książki w 2016r. - 2/52

poniedziałek, 15 lutego 2016

Spełniamy marzenia - koncert Imagine Dragons



Jedni marzą o białym ferrari, inni o mieszkaniu na Marsie, dla niektórych piątka z egzaminu to szczyt marzeń. Różnimy się tak jak to, czego pragniemy. Jednak każde marzenie, nie ważne jakiej wagi, uszczęśliwia. Sprawia, że do czegoś dążymy, że mamy cel, który staramy się osiągnąć. Człowiek z marzeniami jest intrygujący, człowiek, który spełnia marzenia jest niezwykle wartościowy.
Nie ważne czego pragniemy, jeśli tylko nikomu tym nie zagrażamy, to powinniśmy do tego dążyć, choćby chodziło o zwycięstwo w szkolnym konkursie recytatorskim.

2 lutego spełniłam jedno ze swoich marzeń. Opowiem Wam krótką historię jak to się zaczęło. Kilka lat temu ktoś z moich znajomych na fb udostępnił piosenkę. Rzadko, kiedy sprawdzam czego słuchają moi znajomi, ale akurat wtedy nacisnęłam 'play'. I zatraciłam się w tej piosence "Demons", słowa, melodia, energetyzujące wibracje w refrenie i ten teledysk. Kiedy pierwszy raz go obejrzałam, miałam łzy w oczach. Ta piosenka mnie porwała, słowa zakradły się do serca, a teledysk poruszył najwrażliwsze struny.
Słuchałam jej non stop. Wiele razy zasypiałam ze słuchawkami w uszach, wyobrażając sobie, że stoję w tym tłumie, wśród ludzi, pośród rozbrzmiewających się słów tej właśnie piosenki. Minęły 3 lata, a ona nadal tak samo mocno porusza moim serduchem.


Kiedy rok temu dowiedziałam się, że Imagine Dragons, zagra na polskiej scenie, byłam gotowa przejechać te 250 km do Łodzi, nawet rowerem, żeby tylko usłyszeć ich na żywo. Bilet kupiłam kilka dni później i tak czekał on aż do lutego, tego roku. Dzięki Bogu geniusz ludzki wymyślił pociągi, więc nie musiałam ściągać ze strychu swojego składaka :D
Modliłam się tylko, żeby żaden ważny egzamin nie wypadł mi w tym dniu. Sesjo tyś dla studentów spełnieniem marzeń... Daję słowo, Bóg słucha naszych próśb. Jedyne co musiałam zrobić dzień później, to przyjechać na 12.30 na uczelnie i odpowiedzieć na kilka pytań w celu zaliczenia ćwiczeń. Połowa Polski w nocy, w dzień kilka przystanków. Co to jest z mierzyć się oko w oko ze swoim profesorem po nocy pełnej wrażeń. :O

Ale powoli. Zacznijmy od początku:

Przed Atlas Areną znalazłyśmy się już półtorej godziny wcześniej, przynajmniej 50 osób stało w kolejce przed nami. Zmarzłyśmy jak nie wiem, ale warto było czekać. Bilety kupiłyśmy na płytę, dlatego też zależało nam, żeby wejść jak najwcześniej w celu zajęcia sobie lepszych miejsc.
Gdy wybiła 19.30 na scenę wszedł polski zespół, supportujący Smokom, Lemon. Nie radzili sobie źle, ale niestety, nie był to dobry zespół do rozgrzania ludzi przed ID.



Razem z przyjaciółką, czekałyśmy z niecierpliwością na pierwsze rozbrzmienie nutek z płyty Dragonsów. Podekscytowanie można było wyczuć w powietrzu. To jest takie cudowne uczucie być wśród ludzi, którzy podobnie jak Ty, są zafascynowani tym samym. Na trybunach rozświetliły się lampki, robili fale, coś pięknego. Kilkakrotnie ktoś pod sceną symulował wejście zespołu. Rozbrzmiewały krzyki, dopiero po chwilii orientowaliśmy się, że to jeszcze nie ten moment.

Dan Reynolds - wokalista ID <3
zdj pochodzi z otchłani internetów

I w końcu Atlas Arena zalała się słowami piosenki "Shots". Ludzie śpiewali, skakali, machali rękami. Wszyscy daliśmy się ponieść muzyce. Byliśmy "my" a nie ja i ktoś obok mnie. Śpiewaliśmy razem z Danem, 'Radioactive', 'It's time', 'I'm so sorry' - piosenki, przy których z każdego aż kipiała energia. Rockowe brzmienie ostatniej z nich sprawiło, że sala huczała. Niesamowite emocje. Dzięki akcji - Poland is Bleeding Out, mogliśmy usłyszeć piosenkę 'Bleeding Out' tak rzadko pojawiającą się na trasie S+M. Jestem ogromnie wdzięczna <3
Zaraz na początku występu zespół wykonał cover Alphaville - 'Forever young' - chyba każdy zna refren tego utworu i chyba każdy w tamtej chwili razem z Danem śpiewał, że chce być wiecznie młody, że chce żyć wiecznie albo nigdy. Piękna chwila <3

Ich piosenki wiążą się z wieloma momentami z mojego życia. Niektóre są piękne, inne dodają energii. Przy wszystkich można się dobrze bawić. Jednak kiedy zabrzmiało "Demons", złapałyśmy się z Kingą za ręce i słuchałyśmy. Poczułam ciarki i wiedziałam, że warto było czekać, że warto spełniać marzenia, nawet jeśli to nie lot w kosmos, a koncert ulubionego zespołu.
Myślę,tfu mam nadzieję, że każdy z Was, ma taką piosenkę, przy której potrafi się zatracić, zamknąć oczy i wyobrazić sobie, że ona jest tylko o nim, tylko dla niego. I wyobraźcie sobie, że słyszycie ją na żywo. Przeżycie, które ciężko opisać. Pewnie nie każdy szaleje za ID tak bardzo jak ja i pewnie zdarzą się osoby, które o nich nawet nie słyszały. Dlatego zachęcam do wysłuchania tych wszystkich utworów, o których wspomniałam, ale jeśli kogoś zainteresowałam, nieco bardziej, niech sprawdzi setliste z koncertu - klik.Warto znać, zespół bo z każdą płytą staje się coraz lepszy. Oby nie stracili tego 'czegoś', co sprawia, że ich piosenki chwytają, mnie i wielu innych fanów za serce.


Po koncercie wybrałyśmy się na piwko, nucąc pod nosem 'tam tara ram tam empty space'. Czekałyśmy na dworcu 4h. Pozdrawiam chłopaka, który rozruszał towarzystwo chodząc z przenośnym głośniczkiem i śpiewając piosenki Dragons'ów. Uwielbiam takich ludzi. Wiele osób śpiewało z nim, co samo w sobie było genialne :D
Na mieszkanie wróciłam między 7 a 8 nad ranem, 3h snu i jadę na uczelnię. Ledwo żywa, kontaktująca przez pół, wyglądająca jak nieboskie stworzenie. A z twarzy nie znikał uśmiech. Takie przeżycia dodają powera, takie wspomnienia sprawiają, że chce się więcej.
Imagine Dragons to jeden z dwóch zespołów, które marzyłam zobaczyć na żywo. Mój kolejny cel to Green Day i tylko czekam na ten dzień, kiedy znów ruszą w trasę koncertową. Tym razem biorę bilet pod samą sceną. Aż chce się sprzątać hotele haha (moja weekendowa praca) :P


Kto z Was jedzie ze mną na Imagine Dragons, jeśli znów odwiedzą Polskę? :D

niedziela, 31 stycznia 2016

Styczeń, sesja, zmiany, postanowienia!!!


źródło
Sesja oficjalnie na naszej uczelni startuje dopiero 2 lutego, ale każdy student dobrze, wie, że tak naprawdę zaczyna się przynajmniej z miesiąc wcześniej, te wszystkie zaliczenia, raporty, wpisy, zerówki, ale nie ma tego złego co by na dobre nie wyszło. Studia to najlepszy okres w naszym życiu, jeśli oczywiście potrafimy go wykorzystać.

Przyznam się szczerze i z lekkim cieniem zawstydzenia, że pierwszy rok poza nauką, poświęciłam głównie imprezowaniu. Nie czuję, żeby był zmarnowany, nic nie zastąpi masy wspaniałych wspomnień, ale czuję pewien niedosyt.
Miałam masę planów, które nie wypaliły przez "brak czasu". Ten rok akademicki postanowiłam wykorzystać o wiele lepiej, zmieniłam kierunek studiów(jeszcze kiedyś o tym napiszę). Znalazłam weekednową pracę. Zaczęłam odkładać pieniądze, co wiąże się też z moim innym celem(tajemnica zostanie rozwiana wkrótce). Zapisuję się na siłownię, gdzie swoje zainteresowanie poświęcę gł. zumba <3 Znowu zacznę regularnie chodzić na basen. A to dopiero początek moich postanowień, ale w tym roku mam nadzieję, że nauczę się wykorzystywać czas z całych sił.

Może pomyślicie, taaa gadanie, każde postanowienia kończą się tak samo, dlatego nie piszę, nie zdradzam póki co, dopiero gdy zacznę się do nich dobierać, będę Wam odsłaniać po troszkę rąbka tajemnicy. Tym razem wierzę w to, że dam radę. Bo człowiek jeśli tylko chce, może góry przenosić. Ja się o tym przekonałam, miesiąc niejedzenia słodyczy, było dla mnie bardziej niemożliwe niż wspięcie się na Kilimandżaro, a jednak dałam rady. Uzależnienie od czekolady to nie byle co. Cały styczeń bez spóźnienia dla osoby, która na nowym kierunku była kojarzona przez wszystkich tylko dlatego, że ciągle się spóźniała:

[Sytuacja w tramwaju]
-Hej, Ty też na biomedyczne?
Odwracam głowę zaskoczona i patrzę na zupełnie nową twarz:
-Taaak, to pewnie też jesteś z psychologii? - dalej niepewnie, ale uśmiecham się do nieznajomej.
- Tak, tak, właśnie kojarzyłam Cię z wykładów, bo zawsze się spóźniasz - i banan na twarzy mojej rozmówczyni
....

Wtedy stwierdziłam, że jednak coś z tym trzeba zrobić. Miesiąc już za mną i oby tak dalej :D

Niewierni twórzmy postanowienia, którym podałamy, albo nawet niemożliwe, ale na których nam niesamowicie zależy, a wtedy motywacja będzie filarem naszego sukcesu i razem damy radę! Trzymajmy kciuki za siebie nawzajem <3


Krótkie podsumowanie 2015 roku:
Ilość postanowień: 21
Skończone/zaliczone: 6
Zaczęte/nieskończone: 8
Brak reakcji: 7
Procentowy wynik wykonanych postanowień: 6/21 ---> 28,5%
Więcej informacji: klik

Wniosek:
 Wyniki marniutkie i co tu się okłamywać, ale to nic czym mogłabym się zamartwiać, to powód do mobilizacji. Nawet twórca akcji przeczytam 52 książki w roku, przyznał, że nie podołał swojemu wyzwaniu i dla mnie to było największą motywacją, aby dalej trwać przy tej akcji i przez porażkę, nie poddawać się, ale jeśli tym razem przeczytałam 28 książek , to w tym roku pnę się wyżej, a celem jest 52 i z roku na rok coraz więcej aż w końcu się uda.
Tak więc, nie poddaję się, kilka postanowień skreślam ze swojej listy, kilka dopiszę z czasem. A za rok znowu usiądę przed laptopem i zrobię podsumowanie tym razem roku 2016, mam nadzieję, że tym razem z dumą i bananem na twarzy <jak moja spostrzegawcza koleżanka z roku>, oświadczę Wam, że większość moich planów powiodła się sukcesem.

Dziękuję wszystkim, którzy są ze mną do tej pory, którzy towarzyszyli mi w mojej blogowej przygodzie przez ubiegły rok i są świadkami moich sukcesów i porażek. Jesteście wspaniali <3

wtorek, 29 grudnia 2015

Mało czasu - dużo książek

Grudzień to miesiąc, który kojarzy się nam z dużą ilością wolnych dni, jednak nie pokrywa się to z wolnym czasem, który moglibyśmy zarezerwować tylko i wyłącznie dla siebie. To czas, kiedy musimy zadbać o prezenty, upiec pierniczki, wymyć okna i zdjąć pajęczyny w miejscach, o których zapomnieliśmy. To miesiąc, w którym rodzina przypomina sobie o wzajemnych relacjach i zjeżdża się by spędzić ze sobą wspólne chwile. Te cztery ostatnie tygodnie w roku, to jedne z najbardziej magicznych, aż dziwne że pod wpływem historii o narodzinach Jezusa ludzie potrafili zbudować tak piękne tradycje. Mimo że często myślimy o rzeczach mniej ważnych, denerwujemy się zamieszaniem związanym ze świętami, ale w gruncie rzeczy, większość z nas choć raz poczuło to ciepło Bożego Narodzenia.
 Mimo, że już po świętach to mam nadzieję, że spędziliście je tak jak tego oczekiwaliście. Radośnie i z miłością. Mam nadzieję, że znaleźliście też czas dla naszego wspólnego hobby - czytania. Chociaż czasu nie było za wiele, to mam dla Was kilka książek, które udało mi się przeczytać :D






"Lisia dolina" to książka, którą chciałam przeczytać od dawna, dreszczyk emocji, który wyczułam już w opisie, przyciągał mnie jak magnes. Nie myliłam się, książka nie nudzi, z każdą stroną rozbudza ciekawość. Morderstwo, niesamowicie okrutne, które było kwestią "przypadku", stawia sprawę w dosyć niespotykanym świetle. To my mamy zdecydować, jak patrzeć na morderce. Trudna książka, ale warta przeczytania. Nie pożałujecie :)









Fragmenty tego reportaża były moją inspiracją do pracy maturalnej. Dwa lata później nareszcie się zmobilizowałam i zamówiłam książkę. Niesamowicie prawdziwe i rzetelne sprawozdania ze zdarzeń, które wydarzyły się na prawdę. Za każdym razem autor pozostawia nam "przestrzeń", abyśmy mogli się zastanowić i sami ocenić sytuacje. Czasem ciężko jest przebrnąć przez słowa, które są odzwierciedleniem ciężkiej rzeczywistości, czasem jest trudno popatrzeć na coś obiektywnie, czasem możemy tylko się zastanawiać, czy aby na pewno nie postąpilibyśmy tak samo.
Warto przeczytać, warto spojrzeć na rzeczy, które oceniamy z innego punktu widzenia.







Szczerze mówiąc po tej pozycji oczekiwałam czegoś innego. Spodziewałam się wojny, nieszczęśliwej miłości. Dostałam coś innego przez co na początku ciężko było mi przebrnąć. Nie żałuję, a wręcz dziękuję sobie w duchu, że dałam rady, bo ta pozycja jest bardzo wartościowa.
Książka wprawiła mnie niejednokrotnie w stan zdumienia, przeraziła i otwarła jeszcze bardziej oczy na okrucieństwo wojny. Co dzieje się z ludźmi, gdy już z pozoru wszystko się ułożyło? Kiedy wojna się kończy, czy wracają do tego co było przed jej rozpoczęciem? Co z bliznami, które zostały ukryte głęboko w naszej psychice?
Ta pozycja ukazuje jak ciężko jest wrócić. Jak widok śmierci niszczy człowieka. Jak cierpią kobiety i dzieci, które mimo że nie biorą aktywnego udziału w wojnie, są zaangażowane w nią na równym poziomie.
Piękna książka, ciężka w odbiorze, ale bardzo bardzo polecam.





Na sam koniec pozostawiłam sobie istną perełkę wśród książek, do których nigdy nie wrócę. Gdybym tylko mogła, przyznałabym jej Nagrodę Literackiej Dyni
Co dziwne, pierwsza cześć na prawdę mi się spodobała. Przymknęłam oko na ten banalny i jak często powielany, trójkąt miłosny, banalność, która pojawiała się chwilami, ale w rzeczy samej książka była wciągająca, ciekawa i bohaterowie... Chase, którego uwielbiałam. 
Co w takim razie stało się z druga częścią? Sama nie potrafię sobie tego do końca wyjaśnić. 
Pani McAdams wbiła mi nóż w plecy, kiedy tak po prostu jednym incydentem zmieniła losy bohaterów. Gdyby tego było mało, jakże męscy bohaterowie książki, zamienili się w ciepłe kluchy, misiaczków, których chce się tylko przytulać, którzy uchyliliby swojej ukochanej nieba, mimo że ta jak piłka do ping ponga lądowała w łóżku raz jednego, raz drugiego. 
W każdym razie nie zapominajmy o tym, że ona była wspaniała, niesamowicie piękna, mądra i dorosła, umysłowo rzecz jasna. Tak w ogóle to tam nie było brzydkich ludzi. Wszyscy wyglądali jak z okładki Glamour. Każdy też kochał Harper(gł. bohaterka), czytając o tym można zapomnieć, że istnieje jakiś tam stereotyp złej teściowej. 
Książkę czytałam na wykładzie z filozofii i mimo, że zazwyczaj na tym przedmiocie zasypiam, to żałuję, że zmarnowałam wtedy czas poświęcony wywodom naszego profesora. Razem z koleżanką przewidziałyśmy wszystko, co się wydarzyło. Zapewniło nam to świetną zabawę, jednocześnie pogrążając książkę. Każda sytuacja tylko podnosiła jej miejsce w randze debilizmu. 
Rozczarowałam się i to bardzo, bo po pierwszej cześci nie spodziewałam się, że "Wybieram miłość" nie zasłuży nawet na jedno słowo pochwały. Zdecydowanie nie polecam :(






 A na koniec, pragnę Wam złożyć najserdeczniejsze życzenia z okazji nowego roku. Życzę Wam postanowień, które w końcu przyniosą oczekiwane skutki, nowych cudownych przeżyć, szalonych przygód i spełnienia marzeń. A w sylwestra najlepszego szampana i zabawy do samego rana :D
Do zobaczenia wkrótce :*

Wyzwania: - Przeczytam tyle, ile mam wzrostu + 3,5cm + 1,2cm + 3,2cm + 2,2 cm = 77,8/161 - Przeczytam minimum 52 książki w 2015r. - 32/52

niedziela, 13 grudnia 2015

Jesienne czytanie cz. I

Wróciłam i znów mnie nie ma, a właściwie nie było, bo kolejny raz się tutaj pokazuję, tym razem, mam nadzieję, że już na stałe. Obiecuję się poprawić i więcej nie znikać. Choć ze smutkiem muszę przyznać, że przerwy między postami będą dłuższe i niezbyt regularne, ale chcę pisać dla Was i dla siebie. Mam w głowie sporo pomysłów i tematów do poruszenia. 

Dzisiaj przychodzę do Was z tym, co najczęściej możecie tutaj zobaczyć. Książki! <3
Nazbierało mi się tytułów do zrecenzowania, dlatego tak pokrótce przedstawię dzisiaj tylko kilka z nich. :D



"Mam tylko nadzieję, że biegniesz do czegoś, a nie uciekasz przed czymś."


Sparks to pisarz, do którego mam niezwykle wielki sentyment. Prawda nudna i szeroko znana. Powtarzam to chyba za każdym razem, kiedy piszę, o którejś z jego książek, a musicie wiedzieć o tym, że jestem już w połowie poznawania jego twórczości. :D 
Nie pisze on szczególnie ambitnie, ale za to jego historie są piękne i to jedno słowo jest najlepszą recenzją jaką mogłabym napisać. Kryje się pod nim tak wiele jak w słowach, które przelewa N. Sparks na karty swoich powieści. 

"Noce w Rodathe" czyta się niezwykle szybko i przyjemnie. Można się przy nich odprężyć, choć nie brakuje w nich bólu, bo jest coś co odróżnia książki Sparksa od typowych obyczajówek. One nigdy nie kończą się prostym happy-endem. Zawsze jest to "coś", przez co czujemy gorycz, choć w gruncie rzeczy skończyło się pozytywnie. Nie każdemu to pasuje, ale ja za to właśnie cenię autora. I ta mądrość, którą zawsze można dostrzec między słowami. Autor zdecydowanie zasługuje na uznanie.

Jeśli nie przeszkadza Wam ciężka rzeczywistość i chcecie poczytać o tym, że na miłość nigdy nie jest za późno, to polecam. Na pewno się nie rozczarujecie.






"seks to próba władzy. Wchodzisz na ring. Ona patrzy na Ciebie pyta: jesteś wystarczająco silny? Potrafisz mnie nagiąć? Potrafisz mnie złamać? Potrafisz sprawić żebym dała Ci od tyłu? Dostaniesz to co chcesz jeśli kobieta poczuje, że jest słabsza od Ciebie.
Mówisz są kobiety, które nigdy nie zdradzają? To tylko kwestia ryzyka i stopnia fascynacji. Jeśli maja pewność, że nikt się nie dowie, że niczym nie ryzykują będą zachowywać się jak najstarsza kurwa z Poznańskiej. Będą żebrać żebyś je tylko wziął. Jak najszybciej. Tu! Teraz! Bez zdejmowania ubrań, na stojąco, po drzwiami, na stole czy parapecie. Bo ludzie to zwierzęta."

Wokół tej książki swego czasu narobiło się sporo szumu. Krytyków co nie miara, ale znalazła się też masa pozytywnych głosów. Jednak to  nie to, przyciągnęło mnie do tego tytułu. Zrobiły to cytaty, które jak się później okazało, możemy znaleźć dopiero w drugiej części. 

Czarny to bohater książki, który prowadzi dość "luźny" styl życia. Bez zobowiązań i tylko dla przyjemności. Książka opływa w wulgaryzmy. Czasem nawet przeraża, bo jeśli miałaby ona przedstawiać obraz typowego mężczyzny., szczerze przyznam, że zwątpiłabym w płeć przeciwną. 

Zalety tej książki, mogą być dla jednych plusem, dla innych, minusem. Książka nie trafi do każdego i chyba trafić nie powinna, bo do niej trzeba podejść na luzie, tak jak główny bohater, podchodził do swojego życia, a wtedy gwarantuje Wam ona świetną zabawę i jeśli załapiecie ten typ poczucia humoru, możecie być zadowoleni. Ja co prawda fanką "Pokolenia Ikea" nie zostałam, ale muszę przyznać, że w gruncie rzeczy, jestem na tak.






Kolejna część "Pokolenia Ikea" po jakże zachęcającym do dalszego czytania, zakończeniu, części pierwszej, zaczyna się o wiele lepiej. I tak już pozostanie do końca. Autor nie odstąpił od swojego stylu, wulgaryzmy, niezobowiązujący seks, przygody, alkohol. Żyć nie umierać. A jednak bohater trochę zmądrzeje, a dzięki temu, wiele fragmentów przypadnie do gustu nawet zagorzałym romantyczkom/romantykom. 

Będzie ciekawie i zabawnie, no i oczywiście w tej części znalazłam wreszcie te pamiętne cytaty. 

Polecam, szczególnie tym, których nie zraziła część pierwsza. :D

"Jest coś podniecającego w gotowaniu. Możesz jej podać łyżkę z sosem, żeby spróbowała. Możesz stanąć za nią, napierając na jej pośladki, alby pokazać, jak powinna utrzeć ser. Może usiąść na blacie, rozchylając uda. Możesz dolewać jej wina bez ograniczeń. W końcu gotujecie. Możesz ją klepnąć w tyłek. Możesz ją ubrudzić, a następnie zdjąć z niej to, co ma na sobie. Możesz ją w końcu nakarmić. A jeśli zrobisz to naprawdę dobrze... Zaprawdę powiadam wam: więcej kobiet doprowadziłem do orgazmu widelcem i makaronem niż innymi częściami ciała."

"Jeżeli on odsuwa Ci krzesło, kiedy siadasz, otwiera drzwi, kiedy wsiadasz, podaje płaszcz i ułatwia wejście do lokalu - to nie znaczy, że Cię kocha. Nie powinnaś mylić dobrych manier z zaangażowaniem. Jeżeli trzyma Twoje włosy, kiedy wymiotujesz jak kot na imprezie, to nie znaczy że Cię kocha. Jeżeli się z Tobą przespał - to nie znaczy, że Cię kocha. Nawet jeżeli następnego dnia zadzwonił. Nawet jeżeli przespał się ponownie. Nawet jeśli sypia z Tobą od roku - to nie znaczy że Cię kocha i że do czegokolwiek się zobowiązał. Nawet jeśli mówi, że kocha, to może to oznaczać zupełnie coś innego... Ja wiem Olu, że jesteś z innego pokolenia. Mamy równouprawnienie, kobieta może wysyłać sygnały tak samo jak mężczyzna, może podejmować inicjatywę i brać sprawy w swoje ręce. Ale kochanie, nie ma tak nieśmiałego mężczyzny, żeby nie był w stanie wystartować wtedy kiedy naprawdę mu zależy. Nie goń, nie ścigaj, nie napieraj. To Ci się zwyczajnie nie opłaci."



Wyzwania:
- Przeczytam tyle, ile mam wzrostu + 2cm + 1cm + 1,5cm = 66,7/161
- Przeczytam minimum 52 książki w 2015r. - 28/52
- Przeczytam wszystkie książki jednego wybranego autora - Nicholas Sparks - 9,5/18

A Wy? Czytaliście? Jak oceniacie? :D

poniedziałek, 26 października 2015

Dom na plaży - Sarah Jio





Gatunek: obyczajowa, dramat
Wydawnictwo:Między Słowami
Ekranizacja: nie







Przyznacie, że czasem zdarzają się dziwne zbiegi okoliczności, ale niektórzy z nas wierzą, że każde nasze działanie prowadzi do celu. Przeznaczenia. Hasło, które wywołuje ironiczne uśmiechy, rozmarzone spojrzenia, ekscytację i zainteresowanie. Część z nas się tego wypiera, inni ukrycie mu ufają, a zdecydowana większość nawet nie wie, że w nie wierzy. Bo kto choć raz, w duchu nie pocieszył się słowami "widocznie tak miało być", niech pierwszy rzuci kamień. Tak na prawdę, wielu chciałoby w to wierzyć, to takie pocieszające, że nie tylko my ponosimy odpowiedzialność za nasze czyny. To jest jak obietnica, że kiedyś będzie lepiej, że jeszcze dostaniemy to, na co zasługujemy. Każdy z nas ma pewnie inne zdanie na ten temat, tą kwestię dzisiaj zostawię, ale za to poproszę Was, żebyście na krótki moment uwierzyli. Wyobraźcie sobie, że jest coś takiego jak przeznaczenie i odgrywa istotną rolę w naszym życiu. A teraz, zamknijcie oczy. Podajcie mi rękę. Zaprowadzę Was w niesamowite miejsce, a tej wycieczki nie zapomnicie do końca życia.

Anne, młoda pielęgniarka była zaręczona. Jednak w jej życiu czegoś brakowało, choć wydawać by się mogło, że miała wszystko. Bogaty, przystojny narzeczony, rodzice, którzy zapewnili jej wszystko, pewna przyszłość, miłość, przyjaźń. Rzec jednak trzeba, że życie dziewczyny toczy się podczas wojny. Pod wpływem przyjaciółki rusza na front, by nieść pomoc rannym żołnierzom. To właśnie na pięknej wyspie Bora-Bora, gdzie świat wydaje się niemal rajem, poczuje co znaczy cierpienie. Stanie przed trudnymi wyborami, odkryje czego jej brakowało w tym pięknym, dostatnim życiu.

Miłość, strach, zagrożenie, kłamstwa, zbrodnia, zdrada. Ta książka jest niesamowicie przyjemna i pewnie zastanawiacie się jak po tych strasznych słowach mogę użyć takiego słowa, ale ta książka na prawdę taka jest. Główna bohaterka staje się nam niemal przyjaciółką. Zabiera nas, na wyspę, w walizce, jako dodatkowy bagaż i jako obserwatorzy przeżywamy z nią tą niesamowitą historię, pełną emocji i wrażeń.

Nie mogłam się oderwać, przeczytałam ją w zaledwie dwa dni i choć nie do końca mogę uwierzyć, że przeznaczenie może mieć aż taką moc, to przy tej książce chciałam. Bo ta historia była urzekająca i popatrzmy na nią tylko przez palce, a damy się oczarować. Choć skończyłam czytać ją wczoraj, wciąż myślami jestem na Bora-Bora przy krzewie hibiskusa w opuszczonym, drewnianym domku, gdzie Anne z pewnym żołnierzem przeżyli najbardziej kulminacyjne dni swojego życia.

"Niektóre historie mają pozostać niedopowiedziane"

Wyzwania:
- Przeczytam tyle, ile mam wzrostu + 2,2cm = 62,2/161
- Przeczytam minimum 52 książki w 2015r. - 25/52

niedziela, 18 października 2015

Na ratunek - Nicholas Sparks

Witam Was ponownie!

Mój powrót zapowiedziałam na kilka miesięcy temu, no cóż, życie potrafi się komplikować. Hasło przewodnie moich wakacji, to brak czasu, ale to chyba lepiej jak coś się dzieje. Mam nadzieję, że do mnie wrócicie i razem będziemy tworzyć tego bloga, ja dodając posty, a Wy, wyrażając swoją opinię. Mam też kilka pomysłów na powiększenie Waszej roli, ale o tym wkrótce. Szykuję też posta, w którym opowiem o swoich wakacjach i obiecuję dużo zdjęć. Wybaczcie tak długą nieobecność, ale tęsknię za pisaniem, mam już to chyba we krwi. Działamy dalej? :D



                                                                     ---------------------------------------------------------


 




Gatunek: obyczajowa, dramat
 Wydawnictwo: Akurat
 Ekranizacja: nie






"Ludzie przychodzą i odchodzą… pojawiają się i znikają z twojego życia prawie tak jak bohaterowie ulubionej książki. Kiedy ją w końcu zamykasz, postaci opowiedziały swoją historię i zaczynasz czytać nową książkę z całkiem nowymi bohaterami i ich perypetiami. I po jakimś czasie koncentrujesz się na nich, a nie na tych z przeszłości."

Kolejny raz w powieści Sparksa pojawia się motyw nieuleczalnej choroby. Tym razem takiej, którą ciężko zdiagnozować. Synek Denise Holton nie potrafi mówić. Samotna matka musi radzić sobie z wieloma przeciwnościami losu, któregoś dnia ulegają wypadkowi, malec gubi się w lesie. Na ratunek rusza strażak, który odegra dość znaczącą rolę w życiu tej dwójki, ale niestety w życiu nie ma happy endów, tak też tutaj, fabuła dopiero weźmie rozbieg, nie dając żadnych kart ulgowych.

Sparks ma w sobie coś, co przyciąga mnie do jego książek, wystarczy, że zobaczę to nazwisko na okładce. Nie bez powodu też, wyznaczyłam sobie cel, żeby w tym roku przeczytać wszystkie jego powieści. <idzie marnie :O>
Każda z pozycji, którą przeczytałam zawiera jakieś przesłanie, prawdę życiową, której każdy powinien być świadomy. Są piękne i napełniają nas nadzieją, na lepsze jutro, na to, że może życie nie jest tak do bani jak wydaje się nam w pochmurne, jesienne wieczory.
"Na ratunek" to nie książka, którą poleciłabym wymagającemu czytelnikowi, który oczekuje czegoś z górnej półki, bo Sparks nie celuje do prawdziwych koneserów literatury, ale do zwykłego czytelnika, który pragnie odprężyć się przy powieści, ale i wymaga, by po prostu nie zmarnować czasu.

Polecam!

Wyzwania:
- Przeczytam tyle, ile mam wzrostu + 2,2cm = 60/161
- Przeczytam minimum 52 książki w 2015r. - 24/52
- Przeczytam wszystkie książki jednego wybranego autora - Nicholas Sparks - 8,5/18

poniedziałek, 15 czerwca 2015

Chwila na oddech

Witam Was moi kochani. Nie było mnie tu dosyć długo i dzisiaj zamiast wielkiego powrotu z fanfarami, deszczem szampana i fontanny z czekoladą, mam dla Was tyko krótki komunikat, który łamie mi serce. Piszę do Was po długim milczeniu, jak chłopak, który boi się stanąć twarzą w twarz ze swoją dziewczyną i oznajmić jej, że to koniec. Tak też z podkulonym ogonem przyznaję się , że na jakiś czas muszę Was opuścić. Wrócę, gdy trochę ogarnę swoje życie, wenę pisarską i znajdę choć chwilkę czasu. Pisanie jest dla mnie zbyt ważne, żebym potrafiła z nim skończyć raz na zawsze. Odkąd pamiętam to coś skrobałam, mam furę pamiętników, własnych opowiadań i wierszy, pisałam kilka blogów, ale to ten pokochałam najbardziej i Was, za to że czytacie i wciąż ze mną jesteście. Chcę rozpocząć nowy etap w swoim życiu, coś zmienić, od jakiegoś czasu czuje niedobór "emocji". Trzeba ruszyć tyłek i zacząć coś robić! Zdradzę Wam tylko tyle, że w moich planach jest zapisanie się na pewne zajęcia, jeśli wszystko pójdzie zgodnie z planem, jednym z pierwszych postów, które się pojawią, będzie dotyczył tej tajemniczej rzeczy i uwierzcie mi, będzie to nieco kontrowersyjne, więc powiem nieskromnie, chyba warto :P

Szczerze wierzę, że mnie nie opuścicie. Ja też tego nie robię, strona na fb będzie nadal aktywna, bloga nie mam zamiaru usuwać, bo tu wrócę. Trzymajcie kciuki, a ja Wam życzę cierpliwości do mnie ;) i udanego czerwca, a może w następnym miesiącu spotkamy się znów tutaj :D

PS. Na fb nadal będę publikować króciutkie posty na temat książek/filmów/seriali.

źródło

środa, 20 maja 2015

Love, Rosie - Cecelia Ahern




              

                Gatunek: obyczajowa
                I wydanie: 2004 jako Na końcu tęczy
                Ilość stron: 512
                Wydawnictwo: Akurat
                Ekranizacja: tak jako Love, Rosie




Często powtarzamy, jestem już na to za stara, gdzie ja, przecież tu są same dzieci, no co Ty, już za późno i wyobraźcie sobie, że każde z tych zdań to tylko wierutne kłamstwo. Tak właśnie tłumaczymy swoją niechęć, lęk przed ryzykiem, pośmiewiskiem, nieśmiałość, strach przed zaczynaniem na nowo. Każdy początek jest trudny, czytałam ostatnio pewien cytat, który porównywał nowe początki  do cofnięcie się z pozycji mistrza do ucznia, jakże trafne spostrzeżenie. Taki restart to dla nas zagrożenie, niesie ze sobą ryzyko, bo w końcu możemy sobie nie poradzić, na szali stawiamy wszystko co mamy, z drugiej strony jest jedna wielka niewiadoma. Podobno ryzykują tylko głupcy, ale kiedy jest dużo do wygrania, to chyba warto czasem stracić rozsądek.

Prawdziwa przyjaźń przetrwa wszystko. Prawdziwa miłość pokona największe przeszkody. Tylko skąd wiedzieć, czy uczucie, które nas łączy to właśnie to, o czym przez wieki pisali poeci. To podobno się czuje, tak powie babcia, której doświadczenie jest nie do podważenia. Jednak zawsze pozostaje ta niepewność, bo każda sytuacja jest inna, każdy człowiek to zupełnie różna osoba, a najgorsze w tym wszystkim jest to, że nie istnieją magiczne motylki w brzuchu, miłość od pierwszego wejrzenia i niewytłumaczalny dotyk, po którym wiesz, że to jest ta osoba. Filmy sprawiły, że szukamy czegoś, co nie istnieje. Miłość buduje się przez lata, tą trwałą, prawdziwą. Nie twierdzę, że nie można się zakochać w kimś po bardzo krótkim czasie, ale jest to raczej tylko zauroczenie bez fundamentów, zdarza się, że może być trwałe, ale żeby stworzyć coś prawdziwego, potrzeba czasu, wspólnych doświadczeń i przeżyć, bo to one łączą ludzi.

źródło
Rosie i Alex byli najlepszymi przyjaciółmi od pieluchy. Przeżywali wzloty i upadki. Każdy też miał chyba taki okres w życiu, kiedy w szkole, chłopcy bali się złapać za rękę dziewczynę, oczywiście z wzajemnością, już wtedy przyjaźń bohaterów została wystawiona na próbę. Po latach wkraczając w szalony okres dorastania, Alex zakochał się po raz pierwszy, przyjaźń odeszła na dalszy plan. Mimo tego dalej byli nierozłączni do czasu... Ojciec chłopaka dostał pracę na innym kontynencie, nie dotarł na bal maturalny Rosie i ten jeden dzień, odmienił zupełnie ich życia.
Czy siła przyjaźni Rosie i Alexa przezwycięży tysiące kilometrów? Czy lata rozłąki nie zmienią uczuć, którymi siebie darzą?

"Ludzie przychodzą, ludzie odchodzą. Wiemy o tym, ale za każdym razem, gdy się to zdarza, jesteśmy zaskoczeni. To jedyna rzecz w naszej egzystencji, której możemy być pewni, ale często łamie nam serce."

Książka Love, Rosie może być znana niektórym pod innym tytułem, a mianowicie Na końcu tęczy. Jest to druga powieść Cecelie Ahern, zaraz po P.S. Kocham Cię, którym zadebiutowała na szeroką skalę. Irlandzka pisarka ujęła swoich czytelników prostotą, aczkolwiek ogromną spostrzegawczością i ciepłem swoich powieści. Love, Rosie dzieli te cechy z innymi książkami autorki, ale też daje coś, co ją wyróżnia. Jest to powieść epistolarna, składająca się tylko i wyłącznie z listów, wiadomości z chatów internetowych itp. Nie jestem zwolenniczką tej formy, co też przysłużyło mi się lekkim stanem nerwicowym, tym bardziej, że nie mogłam przerwać czytania. Ta książka uzależnia, uwierzcie na słowo.

źródło
Zaryzykuję i napiszę coś szalonego, choć pewnie stwierdzicie, że po dwóch książkach autorki nie jestem jeszcze uprawniona do wygłaszania takich deklaracji, ale co tam, żyje się raz. Powieści Ahern są balsamem dla duszy czytelnika. Za każdym razem, gdy je czytałam, czułam się lepiej, a tak się złożyło, że ostatni okres był dla mnie bardzo ciężki. Ta książka w pewien sposób mi pomogła. Autorka w bardzo przyjemny sposób potrafi wlać ciepło między słowa, co napawa nas nadzieją i spokojem. Love, Rosie to idealny poprawiacz humor. Wielokrotnie mnie rozbawiła, dzięki humorowi, wyważonej ironii i bohaterkom, a zwłaszcza przyjaciółce Rosie, której wypowiedzi potrafiły wywołać u czytelnika kilkuminutowy, chroniczny śmiech.
Pełna emocji, to mało powiedziane, czytając mamy ochotę wstrząsnąć bohaterami, zamknąć książkę i uderzyć ich porządnie w głowę. Krzyczymy wewnętrznie, że są głupi i nie rozumiemy ich zachowania, chociaż wiemy, że przecież oni nie są świadomi tego wszystkiego, co my, wszechwiedzący czytelnicy. Na pochwałę zasługuje również fakt, ze bohaterowie nie są perfekcyjni, mają multum wad, ale i zalet. Mimo wszystko trudno ich nie polubić.

"Pozostawiłam więc moją cudowną, inteligentną rodzinę, zanurzyłam się w ciepłej kąpieli i zaczęłam rozważać samobójstwo przez utopienie. Potem jednak przypomniałam sobie o resztkach ciasta czekoladowego w lodówce i wynurzyłam się, nabierając powietrza w płuca. Dla niektórych rzeczy warto żyć."

Love, Rosie to książka przede wszystkim o dorastaniu. Ukazuje jak człowiek zmienia się od dziecka, aż do dojrzałej dorosłości. Przewrotność losu w naszym życiu, czasem wydaje się śmieszna, tutaj momentami nawet przesadzona, ale może i nasze życie takie jest. W każdym razie nie wiemy, czy nie mijaliśmy swojego ukochanego/ukochanej siedem razy, zanim wydawało nam się, że pierwszy raz się spotkaliśmy, czy nie usiadłeś/aś na tym samym miejscu w tramwaju, które on chwilę wcześniej opuścił. Może ktoś ogląda nas na ogromnym telewizorze i krzyczy, żebyśmy się tylko obrócili, chwilę poczekali, a my jak te osły pędzimy i nie widzimy tego co istotne.
Powieść Ahern to książka, która będzie idealna na depresyjny dzień, poprawiacz humoru i umilacz czasu w jednym. Pozwoli nam spojrzeć na życie z różnych perspektyw. Da trochę do myślenia i zmotywuje do działania, bo i na tym aspekcie Ahern skupiła się dość szczegółowo. Jeśli tylko potrzebujecie kopa do działania, ta książka, będzie dla Was idealna.

Moja ocena:
6,5/10
Wyzwania:
1. Przeczytam tyle, ile mam wzrostu
+3,8cm = 32,4/161
2. Najpierw książka, potem film

wtorek, 12 maja 2015

W naszym domu - Jodi Picoult






                Gatunek: dramat
                I wydanie: 2010
                Ilość stron: 696
                Wydawnictwo: Prószyński i S-ka
                Ekranizacja: nie




Są ludzie, których nigdy nie zrozumiemy i nie mówię tu o sąsiadce, która codziennie wstaje o 5 rano, żeby wziąć udział w porannej Mszy Świętej, ani o pani Zofii, która co jakiś czas nosi ciemne okulary, mimo że słońce nie raczyło nas powitać tego dnia. Ukrywa limo, którym kolejny raz obdarował ją jej kochający mąż. Choć mówimy, że nie potrafimy ich zrozumieć, to jednak każdy z nas wymieniłby pewnie po kilka powodów, dlaczego postępują tak a nie inaczej. Są jednak ludzie, którzy różnią się od nas, nie potrafią komunikować się z innymi osobami, unikają dotyku, potrafi ich rozdrażnić szum jarzeniówki, nie wiedzą co to miłość, radość, smutek, kiedy ktoś płacze, odwracają głowę, kiedy grupa się śmieje, dołączają się ochoczo, żeby tylko nie odstawać. Ich postrzegania świata różni się znacznie od neurotypowego, a jest to spowodowane różnymi zaburzeniami.

Jacob Hunt nie jest zwyczajnym chłopcem. Po pierwsze w świetle prawa można by go nazwać młodym mężczyzną, osobą dorosłą, która może odpowiadać za swoje czyny. Po drugie cierpi na zespół Aspergera, łagodną postać autyzmu. Drugie powinno być pierwszym, ale taka kolejność jest celowa, bo oto ten chłopak, zostaje oskarżony o morderstwo. Jako osoba cierpiąca na podane wcześniej zaburzenie rozwoju o podłożu neurologicznym, jest nadwymiar inteligentny, pasjonuje się kryminalistyką, a co jest charakterystyczne dla tego typu ludzi, wie na temat swojego zainteresowania więcej niż niejedna osoba pracująca w zawodzie. Jego hobby to urządzanie scenek morderstw, które rozwiązuje jego matka, Emma, oglądanie kryminalnych seriali i odgadywanie zagadek na czas, często też pojawia się na miejscach przestępstw, pomagając rozwikłać sprawy. Kiedy ginie jego nauczycielka, staje się głównym podejrzanym. Zespół Aspergera stanie się jego bronią, a pasja i zainteresowania ciosem. Czy Jacob jest winny? Po jakim czasie Ty rozwiążesz tą zagadkę?

"W miłości na wojnie i podczas przesłuchania wszystkie chwyty są dozwolone."

Przyznam się szczerze, że pomimo tego, że nałogowo oglądam seriale detektywistyczne i czytam książki z tym motywem, to kryminalistyka nie jest moją mocną stroną i nic w tym dziwnego, własnych kluczy szukam po kilka dni, a co dopiero rozwiązywać jakieś zawikłane zagadki. Także tym razem totalnie się wyłożyłam, do ostatnich stron nie byłam pewna, czy Jacob jest rzeczywiście winny, choć jeden z moich scenariuszy się sprawdził, szkoda tylko, że ostatecznie na nim nie postawiłam, ale w tym momencie należą się brawa dla autorki. Trzymanie w napięciu i niepewności do ostatnich stron, to nie lada wyzwanie, szczególnie, kiedy książka liczy ich prawie 700!

"Kto musi starać się być normalny, zazwyczaj jest nienormalny."

W naszym domu jest swego rodzaju kompendium wiedzy na temat autyzmu, a właściwie jednej z jego postaci, zespołu Aspergera. Informacje podane są w bardzo subtelny sposób, co nigdy nie naprowadzi nas na skojarzenie łączące książkę z podręcznikiem szkolnym. Tak się składa, że osobiście znam małego chłopczyka, który cierpi na autyzm, tym samym ta pozycja, stała się dla mnie obiektem porównawczym, rzeczywistości z fachową wiedzą. Fachową, bo autorka zasięgała informacji prosto z ust osób, zajmujących się tego typu zaburzeniami. Książka sprawiła, że jeszcze bardziej podziwiam rodziców, którzy wychowują dzieci cierpiące na autyzm. Nawet nie zdajecie sobie sprawy jaki trud trzeba w to włożyć, jak boli, kiedy na ulicy Twoje dziecko dostaje ataku, dzięki temu, że wygląda jak normalny chłopiec/dziewczynka, zostanie nazwany niewychowanym bachorem, a Ty, niezdarną, złą matką, która nie potrafi zapanować nad swoim dzieckiem. Emma matka Jacoba, to niezwykle silna kobieta, poświęciła się, odmówiła sobie wszystkich marzeń, swoim życiem uczyniła chłopca chorego na autyzm i jego brata. Los nie był dla niej łaskawy, choroba syna, drugie dziecko, odejście męża, kłopoty finansowe, a na koniec oskarżenie o morderstwo jej najstarszego syna. Życie nie daje kart ulgowych, ani nawet przetargowych. Czasem mamy wrażenie, ze wpadliśmy w czarną dziurę, głęboką i bagienną. Dopóki się z niej nie wydostaniemy to pasmo pechowych zdarzeń nas nie opuści. Szkoda tylko, że niektórzy urodzili się pod pechową gwiazdą, ale dzięki Bogu każda w końcu spadnie i wtedy nawet nie trzeba wypowiadać życzenia.

Każdy z nas w życiu przechodzi przez lepsze i gorsze okresy. Nie można się złamać, dać komuś satysfakcji, poddać się nie tyle przed światem, co przed sobą, a jeśli to już się stanie, to nic, każdy kiedyś się potknął, wylądował na twarzy, zdarł kolana. Ważne, żeby się podnieść, powoli, ale skutecznie, znowu znaleźć sens, zacząć się uśmiechać i to jest sukces, to jest życie.

"Prawdziwa matka nie słucha z pokorą i wstydem, kiedy jakaś starsza pani w kolejce do kasy nieproszona zaczyna ją pouczać, jak należy radzić sobie z dzieckiem, które wpadło w histerię. My, prawdziwe matki bierzemy krzykacza, sadzamy go w koszyku babci od dobrych rad i mówimy: "Świetnie. Może pani poradzi sobie lepiej"."

Jodi Picoult jest jedną z najlepszych pisarek, jaką miałam przyjemność poznać na kartach powieści. Potrafi porwać czytelnika, stworzyć świat wyobraźni, niemal realny, który zawładnie czytelnikiem i nie pozwoli mu oderwać się choćby tylko po kostkę czekolady. Wątek kryminalny, psychologiczny i niebanalna historia. Napisana na bardzo dobrym poziomie, uczy tolerancji i pomaga się otworzyć na inność. Siła, nowe początki i miłość ponad wszystko. Ta książka jest piękna, mądra i bardzo wartościowa. Mimo ciężkiego tematu, nie jest trudna w odbiorze, ani nawet tkliwa. To powieść dla bardziej wymagających czytelników, dla osób, które nie tylko przy książce chcą się odprężyć, ale dowiedzieć się czegoś o życiu. Polecam, na pewno nie pożałujecie.

Moja ocena:
8,5/10
Wyzwania:
1. Przeczytam tyle, ile mam wzrostu
+4,4cm = 28,6/161







A to chłopczyk, o którym wspomniałam w recenzji, może ktoś zechciałby pomóc. Nawet kilka złotych od osoby jest w stanie zdziałać cuda :)